Pił na umór – nieważne czy piwo, wódkę czy wynalazki… byle do upadłego. Pił byle co i z byle kim. Na melinie, między ludźmi, do których nikt normalnie by się nie zbliżył. Był jednym z tych, którym się nie ufa za grosz, do których „normalny człowiek” nie ma cienia szacunku ani współczucia… Dziś jest przykładem kochającego ojca. Na spotkanie przychodzi punktualnie, schludnie ubrany, z obrączką na palcu. Jak to się stało? Poczuł co to znaczy trafić do „pijackiego piekła” i nie zamierza tam wracać. „Jestem pierwszy raz po prostu szczęśliwy. W końcu zrozumiałem swoją bezsilność – nie mogę się napić i koniec. (…) jakbym teraz zaczął pić, to bym nie przeżył.”

Zaczęło się w zawodówce od pozornie nieszkodliwych wypadów na piwo po lekcjach. Patrząc z perspektywy czasu, Marcin zdaje sobie sprawę, że już wtedy ujawniała się jego szczególna inklinacja do alkoholu. – Pamiętam, że nie piłem tak jak inni – musiałem się upić. Moi kumple na drugi dzień w ogóle nie mogli patrzeć na alkohol, a ja od samego rana szukałem piwa. Już wtedy wiedziałem, że piję jakoś inaczej – wspomina Marcin. Wtedy też rozpoczął się okres pierwszych „niepamiętanych” wakacji, suto zaprawianych wódką – pierwsze „urżnięcie się do nieprzytomności”, pierwsze spanie w krzakach po pijanemu. Jednak to były dopiero początki…

Po szkole Marcin rozpoczął pracę magazyniera. Upijał się notoryczne każdego dnia. Zasypiał na regałach, nie był w stanie pracować. Wtedy po raz pierwszy ukradł pieniądze, by mieć na alkohol. Zabierał je ze schowka przedsiębiorstwa, a później poszukiwał kompanów do ich spożytkowania. – W tamtym czasie wręcz szukałem alkoholu. Nie piłem okazjonalnie. Kiedy alkohol już był, stawałem się pierwszym prowodyrem picia, a kiedy usłyszałem jakąkolwiek wzmiankę o wódce, zaczynałem namawiać, wałkować ten temat, aż nie zasiedliśmy do butelki – opowiada.

W wojsku nie było inaczej. Marcin pił wszystko, co miało procenty. – Człowiek nie mający problemu z alkoholem po prostu nie pije, a ja, kiedy nie mieliśmy na kompanii alkoholu, sięgałem po spirytus salicylowy i perfumy. Zdobycie alkoholu na służbie stało się dla niego priorytetem, a gdy udawało mu się wysłać „młodych” po wódkę, nie istniały dla niego żadne granice. Często z powodu przepicia lądował w więzieniu, ale i tam był w stanie  zaspokoić głód alkoholowy. –  W areszcie potrafiłem wysłać wartowników po wódkę.Byli młodsi służbą, to szli.Wtedy nie miałem żadnych hamulców, żeby się napić. Jak był alkohol to piłem, nie było – to robiłem wszystko, żeby był. Na urlopach i przepustkach Marcin nie musiał przejmować się tym, że przez picie może wylądować na dołku. Dlatego wpadał w coraz głębszy dół uzależnienia. Miał jednak mocną głowę, zawsze lądował na cztery łapy, wyglądał lepiej niż koledzy od kieliszka – nie było się zatem czym przejmować.

Pierwsze małżeństwo

Zaraz po wyjściu z wojska Marcin poznał swoją pierwszą żonę. Agnieszka, której rodzice pili nałogowo, brzydziła się alkoholem, ale temat był jej na tyle bliski, że w małżeństwo z alkoholikiem weszła wręcz bezwolnie. Z Marcinem było coraz gorzej. Notoryczne picie, zarówno w domu, jak i w pracy, pierwsze symptomy zespołu odstawienia, nocne wycieczki po alkohol i dwa pierwsze okresy abstynencji. Miesiąc na Esperalu, „bo żona kazała” (nawet nie próbował go usuwać, gdy go zapijał) i trzy miesiące, bo syn się urodził. – Jakoś fajnie się zaczęło układać, wszystko było super. Wszyscy byli uśmiechnięci… – opowiada. Jednak ten okres skończył się, tak jak się zaczął, czyli gwałtownie i szybko – bez żadnego konkretnego powodu. – Tak sobie siedziałem któregoś razu i mimo że było pięknie, nagle przestało mi to pasować. Bezmyślnie kopnąłem w kąt całe moje szczęście i poszedłem pić. Wówczas zaczęło się jeszcze cięższe picie – bez jakichkolwiek oporów w pracy, bez wstydu wobec własnej żony, bez strachu o samego siebie. – Pamiętam jak leciałem, a właściwie czołgałem się, bo kiedy alkohol odpuszczał, nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Do roboty brałem piwo, w czasie pracy chyba z 10 razy wylatywałem do sklepu. Z każdej wypłaty – a mieliśmy tygodniówki – przynosiłem do domu połowę. Agnieszka nie wytrzymała. Skończyło się rozwodem i pijacką awanturą w sądzie.

„Zrzut” i piekło

Po rozwodzie Marcin wrócił do mieszkania matki. Pod pozorami skruchy i smutku nie kryła się jednak potrzeba „poprawy” – alkohol całkowicie nim zawładnął. Przeprowadzka do rodzinnego domu była mu na rękę – nikt mu nie „gderał” nad głową, nie przeszkadzał w piciu. Dziś Marcin określa reakcję swojej matki na jego zachowanie jako „rozpacz po cichu”. Każdy dzień wyglądał tak samo. – Od rana stałem pod sklepem, upijałem się, wracałem do domu, na ten przysłowiowy „zrzut”, wstawałem, znowu szedłem pod sklep i tak na okrągło (…).


 

Wtedy pojawiły się też początki delirium tremens –  „trzęsiawki” i makabryczne sny. – Jeśli miałbym wspomnieć tamten okres i porównać go z późniejszym, to dziś widzę, że wtedy jeszcze nie znałem prawdziwego piekła. Wcześniej były nieprzespane noce – wyobraź sobie, że nie możesz spać, a jak przyśniesz, to co sekundę się budzisz, a w tej jednej sekundzie masz milion snów – widzisz milion makabrycznych stworów, potworów, które cię gonią, a ty uciekasz, potem coś się nagle urywa… to jest jakaś makabra. Przysypiasz i za chwilę budzi cię potworny lęk. Cały spocony patrzę na zegarek, a tu minęła dosłownie minuta. W najgorszych chorobach nie ma się takich snów. Co chwilę jest ci makabrycznie zimno, czujesz się jak na Antarktydzie w samych slipkach. I ten nieopisany lęk… Co podniesiesz głowę, to wszystko cię rozrywa od środka. I cały czas myślisz, co zrobić, bo musisz się napić. Wtedy nie przychodziła mi jeszcze do głowy taka myśl, żeby zostać, wyleżeć, tylko czekałem, aż się ten głód rozwinie. I łup – znowu pod sklep.

Marcin nigdy nie był agresywny po alkoholu, a jego pijackie ekscesy ograniczały się raczej do częstych wizyt na oddziale wytrzeźwień i otrzymywania licznych mandatów za drobne wykroczenia. Raz zdemolował kiosk – ot tak po meczu, z jakiegoś błahego powodu. Gdyby nie siostra, która zapłaciła kaucję za wydostanie go z aresztu, to pewnie spędziłby tam całe święta. Okres ten Marcin zapamiętał jednoznacznie: – Przez ten cały czas miałem wszystko gdzieś, ważne było tylko to, żeby wypić, wrócić i się przespać, i tak w kółko. Nie interesował mnie mały dzieciak siostry w domu ani ta cicha rozpacz mamy – kompletnie nic.

Pierwsza szansa od Boga

Wówczas nastąpił nieoczekiwany zwrot wydarzeń, który Marcin dziś określa jako „pierwszą szansę od Boga”. – Obudziłem się któregoś ranka i po notorycznym piciu przez wiele miesięcy poczułem się tak dobrze, jakbym w życiu nie pił. Pomyślałem: „kurczę, gdzieś tam czuję, że się nie napiję”. Bo nie muszę się napić, dobrze się czuję i nie mam tego musu. Od tamtej chwili nie pił przez sześć lat.

Było to jednak niepicie na tzw. „dupościsku”, „na sucho”, czyli przejście na abstynencję bez jakiejkolwiek pomocy terapeutycznej, która zmieniłaby wyrobione w trakcie picia sposoby myślenia i postawy – wobec siebie, innych ludzi i swojego problemu. – Wtedy narobiłem jeszcze większego bałaganu niż za czasów picia. Bałaganu, bo miałem wszystko w czterech literach – nie piłem, miałem kupę szmalu, a nie płaciłem za mieszkanie, alimentów, niczego. (…) Nie opłacałem tych zaległości, które miałem z okresu picia, bo też mnie to nie obchodziło. Ale potrafiłem 3 razy w tygodniu iść do markowego sklepu i się ubrać od stóp do głów. (…) Takie panisko byłem, a dzieciaka miałem gdzieś. Już wtedy byłem z Magdą (drugą żoną – przyp. red.) i ją też miałem gdzieś, tak samo jak swoją matkę. Najgorsze było to, że robiłem to wszystko na trzeźwo, ale wciąż tkwiłem w pijanym myśleniu.

Marcin poznał Magdę na krótko przed swoim sześcioletnim okresem niepicia. Dziewczyna z alkoholowej rodziny, w której oboje rodzice żyją w „pijackim piekle”, wybrała mniejsze zło – tak Marcin motywuje jej decyzję o związaniu się z nim. Na początku było dobrze. Wkrótce jednak skutki „suchej abstynencji” dały o sobie znać. Marcin zmarnował pierwszą szansę…    

Kolejne zejście do piekła

 – Pamiętam, że leżałem, oglądałem telewizję, potem ją wyłączyłem i chciałem zasnąć. Nagle zachciało mi się strasznie pić, ot tak, aż mi włosy dęba stawały. Robiłem wszystko, żeby nie pójść do nocnego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co robić, aby mi pragnienie odeszło – nie znałem metody HALT, nie wiedziałem, że warto „nabąblować” się wody niegazowanej albo zjeść czekoladę. Paliłem papierocha jednego za drugim, wychodziłem na balkon, wracałem, włączałem i wyłączałem telewizor. Ale cały czas po głowie chodziła mi jedna myśl: „napij się, napij się”. To była oczywiście kompletnie nieprzerobiona bezsilność wobec nałogu. Pomyślałem sobie, że skoro już tak długo nie piję, to pójdę do tego nocnego i wezmę tylko dwa piwa. Kupiłem je, wróciłem do domu i usiadłem przy stole. Później pamiętam już tylko, jak się rano przy nim obudziłem – jedno piwo było wypite, a drugiego było pół. Następnego dnia nie napiłem się w ogóle, a czułem się fatalnie, jakbym bardzo długo pił. Ale już kolejnego dnia upiłem się do nieprzytomności i nastąpił długi, długi ciąg, z dwudniowymi przerwami co ileś miesięcy, kiedy już mój organizm odmawiał posłuszeństwa.


 

Ciągi były tak wyniszczające, że Marcin nie miał nawet siły, by doczołgać się do łazienki – swoje potrzeby fizjologiczne załatwiał w postawionej przy łóżku miednicy. Dwa dni wymiotów, takich że Marcinowi wydawało się, że „żołądek zaraz mu wywali z płucami i całymi wnętrznościami”, a na trzeci dzień wszystko zaczynało się od początku. W okresach pomiędzy jednym potężnym zapiciem a drugim, zaczęły się pojawiać nie tylko poważne zaburzenia snu, ale i przeraźliwe halucynacje. – Byłem cały czas na permanentnym lęku, takim ultralęku, że jak się pojawiło jakieś stuknięcie, dzwonek do drzwi, pukanie, kroki na korytarzu czy nawet jak ktoś na dworze krzyknął, już myślałem, że to dotyczy mnie… Cały czas coś miga w pokoju, jakby coś chodziło, latało – to jest nie do opisania. Patrzyłem na firankę, a wzory na niej przemieniały się w straszne mordy. Kiedy firanka zmieniała położenie, bo wiatr zawiał, to pokazywały mi się w kapeluszach, jakichś czapkach, śmiały się. Cień, który padał od razu przeistaczał się w coś fizycznego, obrazowego. Telewizor włączony, a w nim  jakieś bzdety, na które nikt normalnie nawet by nie spojrzał, a ja patrzyłem, bo musiałem się czymś zająć, żeby nie rozglądać się na boki ani o niczym nie myśleć. Wszystko urastało do takiego problemu, że aż nie potrafię tego wytłumaczyć.  

Marcin przeżył wiele detoksów, ale kolejne odtrucia nie przynosiły już ulgi – jedyne co po nich zostawało to niewyobrażalne dreszcze. Potrafił nie myć się tygodniami i żywić „jedną kajzerką miesięcznie”. Nie dbał ani o Magdę ani o swojego drugiego syna – Kubę. Swoje „lepsze dni” Marcin spędzał z „kolegami z ławki”. – Przesiadywałem na ławkach z takimi ludźmi, że normalny człowiek by obok nich nawet nie usiadł, bo śmierdzi na kilometr. Na przykład taki Jurek – jak podwijał nogawkę, to nie było widać skóry, tylko same wszy – wesz na wszy. A ja z nimi piłem z jednej butelki… To byli moi słuchacze, a ja byłem ich. Piłem na takich melinach, gdzie żeby przejść przez pokój trzeba było odgarniać butelki i puszki (…). W kącie stało wiadro, w którym załatwialiśmy wszystkie nasze potrzeby fizjologiczne…   

Okres owych pięciu lat pomiędzy sześcioletnią abstynencją a ostatnim zerwaniem z alkoholem, Marcin określa jako swoje najgorsze piekło – nieustający cug, przerywany majakami i padaczkami. – Nie mogłem się niczym pochwalić – że awansowałem w pracy, że dostałem trochę większą wypłatę. (…) Człowiek się chwali na miarę tego, kim jest – ja się chwaliłem, że któryś tam raz jestem na Kolskiej, dostałem którąś z kolei padaczkę albo takie a takie miałem zwidy – wspomina.

Dotknięcie dna

Był 1 kwietnia. Marcin jak zwykle „wypłynął” na osiedle. Tego dnia miał spotkać się ze swoją terapeutką – okrutnie „nachlany piwami” nie był jednak w stanie wziąć udziału w spotkaniu. „Renatka, ja już do ciebie nie przyjdę” – wydusił z siebie i poszedł do kolegów. Po wielkim piciu wrócił do mieszkania. Zastał Magdę śpiącą z dzieckiem na kanapie – ona sama była po spotkaniu z siostrą, na którym wypiły butelkę wina. Sam wstawił obiad na gaz i zasnął. Obudził go „harmider” i zapach dymu. Rozległ się dzwonek do drzwi – na progu stały już straż pożarna i Policja.

Kubę odwieziono do szpitala na obserwację, a Magdę i Marcina do izby wytrzeźwień. Dziewczynę szybko zwolniono, Marcin zaś spędził tam noc. Następnego dnia odbyły się przesłuchania na komendzie, rozmowy z psychologami w szpitalu. Wkrótce zapadła decyzja sądu – Kuba zostanie skierowany do domu dziecka. – To było dla mnie dno – stracić dziecko. Jakby doszło do pożaru, mogłem ich stracić nawet fizycznie, spalić dwójkę ludzi przez moje chlanie – mówi dziś Marcin.

Druga szansa od Boga

Obecnie Marcin postrzega to wydarzenie jako drugą szansę od Boga. Zaraz po wypadku udał się do terapeuty, by natychmiast powrócić na leczenie. Cały swój czas poświęcał na wydzwanianie do prowadzonego przez siostry zakonne domu dziecka i weekendowe wizyty u syna. Jednak dopiero pół roku po tamtym zdarzeniu zrozumiał, że nie było to jedyną „złą” rzeczą, którą w swoim życiu zrobił. – Przez ten długi czas trzeźwienia i podczas pobytu na drugiej terapii nie dochodziło do mnie, że zrobiłem coś złego przez te lata picia. Wydawało mi się, że to był tylko ten jeden wypadek, a tak w ogóle to jestem super elegancki facet i wspaniały ojciec, taki do rany przyłóż. W ogóle byłem najwspanialszy… Swoją zmianę – zauważenie tego, co w całym życiu robił na szkodę innych ludzi i akceptację swojej bezsilności wobec uzależnienia od alkoholu – zawdzięcza spotkaniom grup Anonimowych Alkoholików. – Ten rok odmienił mnie całkowicie – poprzetasowywało mi się w głowie. To dzięki AA, nie dzięki terapii. Strasznie się zafascynowałem tym ruchem. Poczułem radość życia i w pewnym momencie tak bardzo nie chciałem już pić, że codziennie chodziłem na dwa, trzy mityngi. (…) Zanim tam poszedłem myślałem według tego samego schematu co 6 lat wcześniej – że  jestem wspaniały, bo nie piję… A program 12 kroków i zaangażowanie się w służby AA nagle mnie zmieniły. To nie tak, że chciałem się zmienić, to po prostu samo zaczęło się dziać. Zacząłem inaczej postrzegać ludzi, szanować ich. Dziś niepotrzebne mi są w ogóle pieniądze – jestem pierwszy raz po prostu szczęśliwy. W końcu zrozumiałem swoją bezsilność – że nie mogę się napić. I to też nie jest tak, że ktoś mi to wbił na terapii do głowy jak jakąś formułkę, tylko po prostu to zrozumiałem. To trzeba poczuć w sercu. Nie mogę się napić, bo się spodlę. Terapeuta mi powiedział, że wydaje mu się, że jakbym teraz zaczął pić, to bym nie przeżył.


 

Po trzech miesiącach od wypadku, mimo wątpliwości przychylnych mu lekarzy i psychologów, Marcin odzyskał syna. Kiedyś na widok pijanego, próbującego nawiązać kontakt ojca, chłopiec cały się trząsł – dziś każdego dnia nie może się doczekać powrotu taty do domu, rzuca mu się na szyję, przytula się. Marcin w pełni angażuje się w mityngi AA. Po roku abstynencji sam zaczął je prowadzić – dostał nawet klucze do sali spotkań. – To było dla mnie niesamowite przeżycie. Raz że sam prowadzę mityngi: przychodzę, otwieram salę, pomagam potrzebującym. Dwa, że mam klucz do wielkiego gmaszyska, co znaczy, że ktoś mi w końcu zaufał. Wcześniej dozorca nie dałby mi nawet kluczy od śmietnika, bo by się bał, że mu kontenery na złom wywiozę. A tu nagle ludzie zaczęli mi ufać – to było dla mnie coś niesamowitego.

Powrócił do Boga – przyjął Chrzest i Komunię, wziął z Magdą ślub kościelny. Regularnie uczęszcza na msze, spotyka się z księdzem na długich rozmowach. Nie żyje przekonaniem, że już nigdy więcej się nie napije – ma świadomość, że takiego scenariusza nie można nigdy zakładać. – (…) rano się modlę, żeby się nie napić, a potem wieczorem dziękuję Bogu, że się nie napiłem. Patrzę na to z perspektywy 24-godzinnej – dziś nie piję, a co będzie jutro mnie nie interesuje, bo może się napiję, nie wiem. Jestem tylko alkoholikiem. Żyję sobie 24 godziny i jutro zrobię tak samo. Nie zakładam, że nie będę pił, że alkohol jest ode mnie miliony kilometrów, że to nie problem i już nigdy się nie napiję. Nigdy nie wiadomo.

Dwa marzenia

Marzeniem Marcina było kiedyś wygrać dużo pieniędzy w totolotka, za które mógłby kupić sobie mieszkanie z magazynem, gdzie trzymałby jedynie alkohol. Nikt nie znałby jego adresu, nikt by mu nie zawracał głowy, mógłby siedzieć w spokoju i tylko sięgać ręką po butelkę. – Wtedy to było moje szczere marzenie. Nie myślałem o tym, żeby przestać pić, coś osiągnąć, tylko, żeby mieć ten dom… Zachowywałem się tak, jakbym był skazany na wieczne chlanie – wspomina.

Obecnie Marcin marzy o czymś zupełnie odwrotnym – aby się nigdy nie napić. Wie, jak cienka jest ta granica. Widział swoich znajomych z AA, którzy po ponad 10 latach abstynencji zapijali na ławce pod blokiem, po jednym kieliszku przechodząc totalną metamorfozę. – Kiedy na to patrzyłem, ta sytuacja jawiła mi się jako jakaś makabra. Jednak to było dla mnie korzystne doświadczenie – szkoda, że się napili, ale dzięki temu ja wiem, że jakbym znów sięgnął po butelkę to wyglądałbym tak jak oni.

Rozprawa z zakłamaniem

Całkiem niedawno Marcin odnalazł stos przeróżnych papierów z całego okresu swojego picia – pism od komorników, nieopłaconych mandatów, wezwań do sądu, eksmisji z mieszkań. Sam mówi, że „aż mu się włosy zjeżyły”, ponieważ uświadomił sobie, że odzwierciedlają one przekrój całego jego dotychczasowego życia, ograniczającego się jedynie do tego, by „wypić, wrócić i się przespać”. Podczas pierwszego etapu terapii Marcin również nie potrafił poradzić sobie z zakłamaniem, w którym tkwił od dawna. Na terapii zadaniowej ubarwiał swoje prace, żeby były zabawniejsze – do dziś nie wie, co w nich było prawdą, a co nie.

Dopiero spotkania AA pozwoliły mu zmierzyć się ze swoją własną przeszłością, z tym co się faktycznie działo podczas ponad dwudziestoletniego okresu nałogowego picia. Sam mówi, że w końcu zaczął „trzeźwieć naprawdę”, że ta „nieprzerobiona bezsilność” wobec alkoholu w końcu zaczyna ustępować miejsca pełnemu zrozumieniu: – Głowiłem się nad tym kupę czasu i doszedłem do wniosku, że nie jestem w stanie kontrolować picia. Nie ma takiej możliwości, że wypiję flaszkę do obiadu, obetrę usta i będzie cacy… Przerabiałem to milion razy.

Pełna akceptacja

Marcin ma dziś pełną świadomość tego, co robił przez cały okres swojego picia. Incydent z Kubą nie był jedyną rzeczą, za którą jest odpowiedzialny. Stara się powoli naprawiać błędy – w pełni poświęca się swojemu dziecku, napisał także list do starszego syna. Zdaje sobie jednak sprawę, że na siłę niczego nie zmieni, a pewne rzeczy trzeba zaakceptować takimi, jakie są. A przede wszystkim zmierzyć się z konsekwencjami swoich czynów. –(…) jeżeli coś jest nie do przeskoczenia to nie warto sobie tym zawracać głowy. Szczególnie osoba uzależniona nie powinna. Przez pierwszy okres miałem straszne doły. Ale to tylko i wyłącznie z mojej winy. Nawet terapeucie mówiłem, że chodzę taki zdołowany, bo wydawało mi się, że nie jestem w porządku wobec Magdy, siebie, Boga i AA. Tak mi to w głowie utkwiło. Chciałem być wspaniały i wszystko od razu naprawić. Zacząłem się brać za rzeczy, które były nie do przeskoczenia i to mi nie wychodziło. Pragnąłem natychmiast być trzeźwy na milion procent, prawie jak Bóg. A teraz akceptuję to, jaki jestem i zmieniam tylko to, co mogę zmienić.

Rozmawiała: Ewa Bukowiecka
Współpraca: Zuza Lewandowska
fot. iStock

Komentarze

Ewa M2014-06-21 17:15:42

Marcin, przeczytałam z wielką uwagą. Dziękuję Ci bardzo że jesteś, że opowiedziałeś o swojej trudnej drodze. Bliskie mi jest wszystko co przeczytałam o twoim cierpieniu. Pamiętam doskonale twoją reakcje , gdy dostaleś klucze od tego wielkiego gmaszyska i twoję przygotowania do prowadzenia mityngów. Pozdrawiam i życzę 24h. Ewa

mirka2014-05-12 20:18:16

dziękuję

alicja2013-11-06 08:31:34

U mnie w rodzinie jest straszna tendencja do picia, zawsze wszyscy pili i nikt nie mówił o problemie. Jako jedyna zawsze go widziałam i zauważam też u siebie:( To chyba jest w genach:( Zaznaczam że moja rodzina to nie żadna patologia, nie chodzi nikt po melinach, wszyscy pracują, mają własne działalności a problem z alkoholem jest i to ogromny.Jak ktoś ma urodziny to wódka jest najważniejsza, pewnie jakbym zrobiła urodziny bezalkoholowe to by po godzinie połowa gości poszła do domu bo nie mam po co siedzieć:(baa pewnie by nawet rozmów nie było, po prostu alkohol jest GÓRU. Widzę też problem u moje męża, jak mu nie pozwolę się piwa napić to aż go skręca, zachowuje się tak jakbym mu krzywdę zrobiła.Gdybym choć trochę nie umiała zapanować to obydwoje byśmy popłynęli. Obiecuję sobie że tylko w weekend alkohol i to w jeden dzień a zazwyczaj po takich obietnicach pijemy więcej a mąż mógłby codziennie i nie widzi problemu:(

leon1002013-11-06 08:10:41

hmmmmmmmmmmmmmmm każdy z nas czyli AAma swoją historię i każda powinna być przestrogą dla ludzi którzy twierdzą że nie mają problemu .

stasiek2013-11-06 07:13:21

Tak jakbym czytał swój życiorys, nie piję ponad 19 lat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *