Alkoholizm to choroba podstępna i żeby się o mnie nie upomniała muszę utrzymywać kontakty ze Wspólnotą Anonimowych Alkoholików. Właściwie nie muszę, bo w AA nic nie trzeba… Ale chcę, nawet jeśli czuję się dobrze, bo być może ktoś inny potrzebuje mojej pomocy. Dzięki AA nie tylko otrzymujemy wsparcie osób, które – podobnie jak my – starają się nie pić. Mityngi pozwalają nam także rozwijać i reaktywować zatraconą przez chorobę przestrzeń duchową” – opowiada Anonimowy Alkoholik trzeźwiejący od ponad 14 lat.

Dorota Bąk: Co Wspólnota AA daje trzeźwiejącym alkoholikom?

Anonimowy Alkoholik: Na ten czas AA to dla mnie taka „pigułka prewencyjna”. Już w trakcie terapii zostałem aktywnym uczestnikiem AA. Od samego początku byłem zadowolony, że trafiłem na leczenie, ponieważ tam mogłem się dowiedzieć, co się tak naprawdę ze mną dzieje od strony medycznej. A działo się bardzo nieciekawie. Terapia dała mi odpowiedź, jakie są i co oznaczają poszczególne mechanizmy uzależnienia, dlaczego dzieje się ze mną tak, a tak. Natomiast Wspólnota AA jest zdrowieniem duchowym, to ścieżka po wstępnym ozdrowieniu fizycznym, chwili uświadomienia sobie problemu, akceptacji i utożsamieniu się z chorobą. Trafiłem na mityng i zobaczyłem, że jest tam sporo odwołań do Boga, ale nie konkretnego, tylko Siły wyższej… Z początku ten świat wydawał mi się trochę obcy, ale też bardzo duchowy. Z drugiej strony, usłyszałem we Wspólnocie, że nic nie muszę. I to przykuło mnie do tego miejsca. Przyszedłem ze świata zakazów i nakazów, a tu raptem ludzie mówią mi, że ja niczego nie muszę. Mogę zostać, ale nie muszę… Mogę chodzić na mityngi, ale nie muszę… Mogę zabrać głos, ale nie muszę… Nic nie muszę. Wtedy od razu poczułem wolność, a w świecie, w którym wcześniej żyłem, było jej bardzo niewiele. To spowodowało, że zostałem.

D.B.: I zdawałeś sobie pewnie sprawę, że terapia się kiedyś skończy…

A.A.: Dokładnie tak. Lubiłem swoją terapię, bo jak się jej kurczowo przytrzymałem, to trochę lepiej się czułem. Wiedziałem, że muszę o siebie zadbać, a terapia się kiedyś skończy. Zadawałem sobie pytanie: „I co wtedy, co mi zostanie?”. Wiedziałem już, że choroba jest nieuleczalna, czyli mogę ją zaleczyć, ale nie mogę jej całkowicie wyleczyć. Zatem miałem świadomość, że coś będzie mi potrzebne… Po terapii jej uczestnikom czasem udaje się stworzyć grupę samopomocową, ale w naszym przypadku to nie wypaliło: wiele osób zrezygnowało w trakcie, kilku potrzebowało większej ilości alkoholu, żeby przekonać się o swoim problemie, tak więc alternatywa była mglista. Mityng dawał mi możliwość przebywania z osobami, które starają się nie pić, oraz ich wsparcie. Dziś jestem absolutnie przekonany o tym, że mityng jest mi potrzebny jako pigułka prewencyjna. Już od wielu lat dobrze się czuję, mam poukładane życie domowe, zawodowe, koleżeńskie, przyjacielskie, rozwinąłem pasje, ale wiem, że ta choroba jest bardzo podstępna i żeby się o mnie nie upomniała, to muszę utrzymywać kontakt ze Wspólnotą. Właściwie nie muszę, bo w AA przecież nic się nie musi… Ale chcę, bo widzę w jaki sposób to wpływa na moje życie. Nawet jeśli bardzo dobrze się czuję, idę na mityng, bo być może ktoś inny potrzebuje mojej pomocy. Taka jest pierwsza rola mityngu. A drugą jest rozwój duchowy.

D.B.: Mówi się, że alkoholik po uzdrowieniu żyje na dużo lepszym poziomie niż zanim zachorował…

A.A.: Zgadza się. Ludzie, którzy się leczą, zdrowieją, uczestniczą w mityngach i pracują na programie 12 Kroków dochodzą do takiego poziomu swojego życia, którego nigdy by nie osiągnęli, gdyby nie zachorowali. Mają większą świadomość i samoświadomość. Usłyszałem kiedyś taką opinię i całkowicie się z nią zgadzam. Człowiek zdrowy rzadko kiedy ma powód, żeby się zastanawiać, myśleć nad sobą, medytować, kontemplować. Natomiast osoba, taka jak ja, czyli chora, powinna to robić, żeby zdrowieć i oddalać się od tej podstępnej i śmiertelnej choroby. A mityngi i program na pewno pozwalają rozwijać i reaktywować zatraconą przez chorobę przestrzeń duchową.


D.B.: Kto może uczestniczyć w spotkaniach AA?

A.A.: To zależy, ponieważ czwarta tradycja AA mówi, że „Każda grupa powinna być niezależna…”. Uczestnicy danego mityngu często wprowadzają swoje małe tradycje, charakterystyczne dla tej grupy. To się odbywa na specjalnych mityngach – inwenturach grupy. Dla przykładu, na moim mityngu wprowadziliśmy zasadę „rundki wstępnej”, która – jak prawie wszystko w AA – nie jest oczywiście obowiązkowa. Podczas niej mówimy, jak minął nasz tydzień, z czym przychodzimy, itp. Każdy uczestnik ma okazję wypowiedzieć się, wyrzucić z siebie problemy i nagromadzone emocje. Bo trzeba pamiętać, że osobie uzależnionej szkodzą zarówno negatywne uczucia, jak i te pozytywne, stany euforyczne. Niebezpieczny jest tak „dołek”, jak i „górka”. Na tzw. różowych chmurkach równie łatwo można dotrzeć prosto do alkoholu. Zatem od grupy wiele zależy. Są mityngi otwarte, na które może przyjść każdy, i zamknięte – przewidziane tylko dla alkoholików. Istnieją też mityngi kobiecie – przeznaczone tylko dla kobiet, gdzie rozmawia się o sprawach bliskich kobietom. Specyficzną kwestią odnoszącą się do uczestnictwa w mityngach jest kwestia udziału osób będących pod wpływem alkoholu. Na niektóre mityngi można wejść po alkoholu, ale najczęściej nie ma się wówczas prawa zabierania głosu, na innych z kolei trzeba być trzeźwym („suchym”). Czasem sumienie grupy tak decyduje, a czasem jest to wola administratora budynku.

D.B.: Mówiłeś, że AA opiera się na programie duchowym. Czy aby uczestniczyć w mityngach trzeba wierzyć w Boga?

A.A.: Nie, nie trzeba. Po pierwsze, duchowość nie równa się religii. Kiedy przyszedłem na swój pierwszy mityng, to również wiele usłyszałem o Bogu, zobaczyłem zapaloną świeczkę… Wszystko było dziwne i zadawałem sobie pytanie „O co tutaj chodzi?”. Ale później posłuchałem jednej osoby, drugiej, trzeciej i utożsamiłem się z nimi. A przede wszystkim w tych ludziach uderzyło mnie to, że byli uśmiechnięci. A ja byłem na prochach, które mi pozwalały przetrwać psychicznie… Oni byli pogodni, grzeczni, serdeczni wobec siebie i wyglądali na rzeczywiście zadowolonych. Dla mnie to było coś na tamten moment nieosiągalnego. Po upływie 14 lat mojego trzeźwienia, wiem na pewno, że AA jako wspólnota nie utożsamia się z żadną religią, ani żadnym konkretnym kościołem. Aby uczestniczyć w mityngu nie musisz wierzyć w nic…

D.B.: To kim lub czym jest ten Bóg?

A.A.: Jakkolwiek go pojmujesz – tak jest powiedziane w programie 12 Kroków. „Siła wyższa, jakkolwiek ją pojmuję”. Czyli nawet nie Bóg. Wspólnota AA została założona w Stanach Zjednoczonych w 1935 roku przez Billa W., maklera giełdowego, i dra Boba. Dlatego materiały, którymi AA posługuje się na całym świecie, są tłumaczone z języka angielskiego. Dlatego ten Bóg, Siła wyższa, są też różnie tłumaczone. Ale tak naprawdę mówi się o pojęciu „Siły wyższej, jakkolwiek ją pojmuję”. Dla mnie Siłą wyższą może być Wspólnota, drugi człowiek, ale też krzesło, drzewo, kamień, tak naprawdę cokolwiek sobie wymyślę. I tym Bogiem może być wszystko, cokolwiek ja pojmuję lub czego nie pojmuję, bo Wspólnota, w swojej formule, nie narzuca nam niczego. Oczywiście trzeba pamiętać, że Wspólnotę AA tworzą ludzie, i – jak w każdej innej grupie – zawsze może się zdarzyć jakiś „oszołom”. Również na spotkania AA czasem przychodzą osoby, które nie zdrowieją, są chore emocjonalnie, starają się uprzykrzać innym czas i narzucać swoje jedynie słuszne teorie. Ale to są sporadyczne, marginalne przypadki, a zdrowiejący ludzie na mityngach potrafią w umiejętny sposób pacyfikować takie zachowania. Ale na pewno w przypadku AA mówimy o wolności wyznania, wiary albo niewiary, i to nikogo nie dyskryminuje, nie dyskredytuje, a na pewno nie daje zakazu uczestnictwa w mityngach.

D.B.: Od wielu lat sponsorujesz. Co to konkretnie oznacza?

A.A.: To jest nic innego, jak praca z programem AA. Na wielu mityngach każdy miesiąc to przerabianie kolejnego Kroku. Wiele grup poświęca pewien mityng lub jego część na dany Krok, zgodnie z miesiącem, ale też literatura, z której korzystamy np. „Codzienne Refleksje” odnosi się w swojej tematyce do Kroków. W pierwszym miesiącu refleksje są ewidentnie o identyfikacji z chorobą, czyli przyznaniu, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu i – druga część Pierwszego Kroku – nie kierujemy własnym życiem. Kroki przerabia się – po pierwsze – przyswajając refleksje. Po drugie, wiele grup powtarza Kroki na mityngach. Po trzecie (najgłębiej) – no właśnie – należy zacząć swoją drogę ze sponsorem. Bodajże w 7. roku mojego niepicia podszedł do mnie człowiek, który chciał, żebym mu sponsorował. Kroki 1-3 i 4-5 przerabiałem na terapii, później na mityngach, wielokrotnie czytałem „12 Kroków i 12 Tradycji” jako literaturę, ale nigdy nie pracowałem nad Krokami ze sponsorem, dlatego nie chciałem wtedy podjąć się tego zadania.


Postanowiłem znaleźć własnego sponsora, a dopiero potem sponsorować innym. Tak też zrobiłem. Dopiero po skończeniu Piątego Kroku mój sponsor powiedział, żebym znalazł sobie własnego podopiecznego. Ponieważ nic nie dzieje się przypadkiem, na którymś mityngu podszedł do mnie chłopak i poprosił o pomoc. Od mojego sponsora dostałem materiały i pytania… no i zadziało się. Tak zaczęła się moja droga. Słyszałem różne historie i wymysły na temat sponsorowania. Na podstawie mojego doświadczenia oraz wypowiedzi wielu osób, tych, które mnie uczyły i które traktuję jako autorytet we Wspólnocie, jak i tych, których postrzegam jako zdrowiejących, mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że sponsoring to nic innego, jak przerabianie programu 12 Kroków. To nie są spotkania w celu udzielania rad, np. co mam zrobić z własną żoną albo jak traktować szefa. Rolą sponsora jest wprowadzenie podopiecznego w świat Kroków i wspólne ich przerabianie na podstawie pisanych prac.

D.B.: Ile trwa przerabianie programu?

A.A.: To zależy od wielu czynników, m.in. częstotliwości spotkań oraz ilości wolnego czasu. Ja hołduję takiej zasadzie, że spotykamy się raz w tygodniu na 1 godzinę. Podczas takiego spotkania podopieczny czyta pracę, później ją omawiamy, rozmawiamy o zadaniu na następne zajęcia, rozwiewamy wątpliwości… Oczywiście czasem, jeśli wyczerpiemy temat, kończymy trochę wcześniej. Znów, jeśli coś się zadzieje w życiu podopiecznego, towarzyszą mu na przykład duże emocje, to zdarza się, że przedłużam spotkanie. Wtedy należy porozmawiać, wysłuchać nie udzielając rad, żeby nie popaść w moralizowanie i nie udawać mentora, który będzie układał czyjeś życie. Znam przecież tylko wycinek prawdy, jednostronną opowieść, po za tym ja też jestem w pewien sposób subiektywny, więc jak mogę przyjąć obiektywne stanowisko?

Reasumując, na przerobienie Kroków potrzeba myślę około dwóch lat. Do samego Czwartego Kroku podopieczny wykonuje 28 prac, a do tego dochodzą czasem dodatkowe zadania, które wynikną w trakcie.

D.B.: Ilu osobom pomagałeś?

A.A.: W tej chwili pracuję z czwartym podopiecznym.

D.B.: Zdarzały im się sytuacje zapicia?

A.A.: Nie słyszałem o takowej, aczkolwiek, pamiętajmy, że to są jedynie deklaracje drugiego człowieka.

D.B.: Czy każdy alkoholik uczestniczący w mityngach może mieć sponsora?

A.A.: Oczywiście, od samego początku, choć słyszałem o sugestiach, że dla alkoholika jest lepiej, jeśli przed rozpoczęciem pracy nad programem najpierw nieco „przetrzeźwieje”. Chodzi o dobro tego człowieka, aby z większą świadomością podszedł do programu. Bo ten program jest fantastyczny, ale trzeba w niego wejść bardzo głęboko. A w moim przekonaniu na to potrzeba trochę czasu, na tzw. przetrzeźwienie, na pochodzenie na mityngi, żeby „złapać” trochę świadomości. Oczywiście u różnych osób będzie to różny czas.

D.B.: A co Tobie daje sponsorowanie?

A.A.: Program 12 Kroków dotyka wszystkiego, czego potrzebuję w życiu – w byciu człowiekiem, we własnym pojmowaniu człowieczeństwa, w rozwijaniu się i doskonaleniu. W związku z tym kolejne przerabianie programu umacnia mnie w tym moim jestestwie, samoświadomości, w tych wszystkich dobrach i obietnicach, które niesie program. Kiedy pierwszy raz usłyszałem o obietnicach programu, pomyślałem: „Boże, żebym chociaż dosięgnął maleńkiej tego części”. A moja terapeutka powiedziała mi: „To wszystko będzie Twoim udziałem”. Wtedy nie wierzyłem. Prosiłem chociaż o trochę, bo przecież tak bardzo cierpiałem. A tu się okazało, po 14 latach mogę to śmiało powiedzieć, że spełniło się wszystko na co byłem i jestem gotowy. Przerabianie programu pomaga mi cały czas się rozwijać. Malusieńkimi krokami, powolutku idę do przodu. A co za tym idzie – poprawiam komfort swojego życia, relacje z innymi ludźmi, doskonalę się w byciu człowiekiem i… cały czas oddalam od pierwszego kieliszka.

D.B.: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Dorota Bąk
fot. iStock

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *