Menu

Podwójne dno uzależnienia

Podwójne dno uzależnienia

„Kac moralny był na porządku dziennym, zwłaszcza, gdy urywał mi się film, a tak działo się za każdym upiciem. Impreza w pracy – w pół godziny się uchlałem, zabawa karnawałowa – budzę się na jakieś pętli tramwajowej, a potem rozebrany w łóżku. I kompletnie nic nie pamiętam... Było bardzo dużo takich sytuacji, po których za każdym razem miałem ogromne wyrzuty sumienia i poczucie wstydu. Ale potem włączały mi się mechanizmy wypierania i bagatelizowania i wszystko powtarzało się od nowa...”. Oto historia Jarka – człowieka, który latami trwał w błędnym kole nałogu, bezskutecznie próbując się z niego wydostać. Czy mu się udało?

Zuza Lewandowska: Często mówi się, że momentem przełomowym dla osoby uzależnionej jest sięgnięcie dna. Z Tobą było podobnie?

Jarek Alkoholik i Hazardzista: Podobnie, ale i inaczej, bo przez to, że mam uzależnienie krzyżowe, sięgnąłem dna podwójnego. Najpierw więc byłem na dnie alkoholowym, a później - hazardowym. Zacznę od pierwszego, które miało miejsce, kiedy ja już sam wiedziałem, że coś jest ze mną nie tak, tylko nie chciałem tego dopuścić do siebie. Właściwie to na to „dno” złożyły się trzy rzeczy. Pierwszym co mnie uderzyło, było to, że mojemu przyjacielowi, z którym piłem, siadła trzustka – w przeciągu krótkiego czasu schudł tak bardzo, że nie mogłem go poznać, a po dwóch tygodniach już go nie było… Wtedy konsekwencje picia stały się dla mnie wręcz namacalne. Kolejny był dzień, w którym wróciłem pijany do domu, a mój trzynastoletni syn zdobył się na odwagę i powiedział: „obiecywałeś, że nie będziesz pił, a wróciłeś znowu nachlany”... Ostateczna świadomość bycia na dnie przyszła w momencie, w którym – leżąc pijany na podłodze – uświadomiłem sobie, że ja bez alkoholu w ogóle nie istnieję, że bez niego nic nie potrafię zrobić – jest tylko alkohol, a mnie tam w ogóle nie ma… I wtedy zawyłem do Boga, że nie chcę pić i aby zabrał tę butelkę ode mnie, bo ja tego wszystkiego po prostu nie chcę. I pomógł, bo w ciągu kilku następnych dni wstąpiła we mnie taka odwaga, że jeszcze raz – już po raz ostatni – poprosiłem żonę o kolejną szansę i zacząłem życie bez alkoholu.

Z.L.: A jednak po czasie pojawił się hazard… 

J.A.H.: Pojawił się, bo pozostawiłem siebie bez niczego. Nie dbałem o rozwój duchowy, czyli o program 12 kroków, którego bałem się tak strasznie, że omijałem go szerokim łukiem. Nie robiłem tak naprawdę nic w kierunku zmiany swojego życia. I po 5 latach abstynencji od alkoholu zacząłem grać.

Z.L.: Kiedy zorientowałeś się, że coś tu jest „nie tak”?

J.A.H.: Tak naprawdę nie grałem długo, bo „tylko” półtora roku. Ale wszedłem w to bardzo szybko, bagatelizując fakt, że jestem alkoholikiem, a hazard to ryzyko uzależnienia, które tak naprawdę stanowiło jedynie zamiennik dla alkoholu. Gdy wziąłem pierwszy kredyt, powoli zacząłem sobie uświadamiać, że coś tu jest „nie halo”. Ale i tak zlekceważyłem te pierwsze sygnały, które do mnie docierały. Zaczęły działać te wszystkie mechanizmy uzależnienia, a ja tak bardzo potrzebowałem haju i ucieczki od samego siebie, że pogrążałem się w tym coraz bardziej…

Z.L.: Aż w końcu sięgnąłeś kolejnego dna…

J.A.H.: Tak, w momencie kiedy zorientowałem się, że hazard przesłonił mi cały świat i pojawiły się u mnie bardzo silne myśli samobójcze. Rozpocząłem program terapeutyczny, ale co kilka miesięcy łamałem abstynencję, aż w końcu żona powiedziała mi: „wynocha z domu, bo i tak ciebie tu nie ma, a to czy znikniesz dziś czy w ogóle, to i tak nie zrobi żadnej różnicy”. Żona oczywiście wiedziała, że mam skłonności samobójcze, ale według niej były one głównie formą szantażu z mojej strony. Dla mnie była to jednak kolejna próba ucieczki, związana z moim niskim poczuciem własnej wartości i z tym, że znowu zawodzę moją rodzinę. Dlatego myślałem, że jeśli odejdę, to wszyscy będą mieli święty spokój, chociaż oczywiście tylko wyrządziłbym im krzywdę. Nigdy jednak nie odważyłem się na próbę samobójczą.

Z.L.: Czy to, że żona wyrzuciła Cię z domu, stało się impulsem do wyjścia z nałogu?

J.A.H.: To bardzo pomogło. Wcześniej udawało mi się manipulować żoną, przysięgać w kółko, że się zmienię. Jednego dnia, kiedy wróciłem po całej nocy grania, w wielkiej pysze, bo udało mi się wygrać i przynieść do domu pieniądze, to z początku nie chciała ich w ogóle tykać, bo wiedziała skąd są, ale w końcu uległa i zagospodarowała je. Jednak gdy po raz kolejny przyszedłem z gołymi rękami, zostałem wyrzucony z domu. Ja już wtedy podjąłem decyzję, że muszę iść na leczenie, więc po tej nocy spędzonej poza domem wróciłem, przeprosiłem żonę, powiedziałem, jakie mam plany i poprosiłem o przebaczenie i jeszcze jedną szansę.

Z.L.: I udało się?

J.A.H: Udało się, zwłaszcza, że już następnego dnia byłem na rozmowie w ośrodku leczenia uzależnień, a kolejnego - rozpocząłem terapię. Bo tak jak mi powiedział mój dobry przyjaciel – brakowało mi samych podstaw. Kiedy na poprzedniej terapii były one omawiane, to ja byłem jeszcze zbyt pijany, aby to wszystko ogarnąć, bo w zasadzie z marszu wszedłem do programu. Wtedy nie chciałem słuchać, a za drugim razem już czułem się na to gotowy. Poznałem swoją bezsilność i zdałem sobie sprawę, że po prostu nie ma żadnej siły, aby z tym wygrać. Bo tu nie chodzi o to, aby wygrać, ale trzeba rozpocząć najpiękniejszą przygodę z samym sobą.


1 komentarz
  • Grazyna
    Grazyna piątek, 18, lipiec 2014 02:24 Link do komentarza

    Ciesze sie , ze tobie sie udalo, 31 marca pochowalam syna, od mlodych lat uzaleznil sie, walczyl do konca, jednak wodka okazala sie silniejsza . Zycze tobie I twoim najblizszym juz tylko spokoju ....serdecznie Cie pozdrawiam Grazyna

    Raportuj
Skomentuj
powrót na górę
Napisz do nas!
Na pytania naszych Czytelników odpowiada dr med. Bohdan T. Woronowicz.
Wystarczy wypełnić poniższy formularz.

Odpowiedzi będą publikowane anonimowo na stronach portalu.
Przesłane w formularzu dane pozostają do wiadomości Redakcji.
Wyrażam zgodę na publikację w serwisie UZALEŻNIENIE.com.pl