Menu

Ten jeden kieliszek - Piotr Nagiel o swoim uzależnieniu

D.B.: Mówi się, że osoba uzależniona musi sięgnąć dna, zanim zdecyduje się zawalczyć o siebie. Czy Ty swoje dno odkryłeś?

P.N.: No pewnie! Gdyby nie to moje dno, to pewnie dzisiaj wcale byśmy nie rozmawiali. Myślę, że -biorąc po uwagę to, co przeżyłem w trakcie moich ponad 17 lat picia - to cud, że w ogóle żyję. Pod wpływem alkoholu funkcjonowałem na granicy życia i śmierci. Jazda po pijanemu samochodem w Warszawie - mogłem kogoś zabić, trafić do więzienia lub sam zginąć. Urządzaliśmy sobie jakieś głupie zawody przejeżdżania przed pędzącym pociągiem - jeden z moich kolegów do dziś jeździ na wózku inwalidzkim, bo nie zdążył… Wielokrotnie brałem udział w sytuacjach, w których można było stracić życie - uczestniczyłem w awanturach, zadawałem się z grupami przestępczymi... To wszystko doprowadziło mnie do takiego momentu w życiu, że w czerwcu 1997 roku, wskutek picia i brania narkotyków – amfetaminy, kokainy i marihuany – leżałem brudny i śmierdzący na materacu bez powietrza, w pustym mieszkaniu, bo wszystko co miałem, to sprzedałem, a ze ściany jeździły po mnie tramwaje… Miałem omamy wzrokowe i… umierałem! Pamiętam, że wtedy Matka Boska machała do mnie rękoma z obrazka, a jej serce robiło się takie bardzo czerwone… Krzyczałem: „Boże, ja nie chcę umierać!” W wieku trzydziestu paru lat byłem wrakiem człowieka. Wtedy z jednej strony w moim życiu była muzyka - dawałem koncerty, nagrywałem teledyski, ludzie w jakiś sposób mnie rozpoznawali, a z drugiej - nikt nie wiedział o tym, że umieram. To tak naprawdę było moim dnem. Wtedy nie wybierałem między „co i jak”, ale czy żyć, czy umrzeć. Uratował mnie strach przed śmiercią… Wcześniej zresztą wielokrotnie dostawałem sygnały „z góry”, że nie tą drogą idę… Że w niejednym przypadku mogłem stracić życie, a jednak żyję… Wielu moich kolegów, z którymi się wychowywałem, zapiło się na śmierć. W wieku 17 lat przeżyłem traumę, doświadczenie, z którego powinienem był skorzystać, a nie skorzystałem. Wracałem z kumplem z „osiemnastki” - byliśmy pijani, impreza była w mieszkaniu wieżowca na 10 piętrze. Pamiętam, że między piętrami były bardzo wysokie schody… Winda stanęła na 9 piętrze - coś było popsute i postanowiliśmy do niej zejść. Kolega mówi: „Weź mnie puść, ja świetnie dam sobie radę” - chciałem go chronić, bo on był bardziej pijany ode mnie… Więc go puściłem, a on na czwartym schodku potknął się i… spadł głową w dół. Zszedłem za nim, zacząłem się śmiać, wygłupiać. W pewnej chwili mówię: „Heniek, wstawaj, wstawaj!”. No i się okazało, że on już nie żył. Przyjechało pogotowie, milicja… Zmarł mi kolega, z którym chodziłem do podstawówki... To powinno być dla mnie jakimś sygnałem, powinno mnie przestrzec. Ale nie - w swoim późniejszym życiu takich sytuacji doświadczyłem jeszcze wiele… Dopiero ten moment, kiedy w 1997 roku sam umierałem i przestraszyłem się śmierci, naprawdę dał mi do myślenia.

D.B.: W materiale dla programu „Uwaga” emitowanego w TVN opowiadałeś o kolegach, którzy właściwie wspierali Cię w piciu. Kiedy matka zamykała Cię w domu na klucz, koledzy podawali Ci przez wizjer rurkę z alkoholem…

P.N.: Sposoby mieliśmy kaskaderskie. Moi rodzice za wszelką cenę chcieli mnie uchronić przed tym, abym w wieku dwudziestu paru lat nie zapił się na śmierć. Zamykali mnie w domu na 4 piętrze. A ja jednak - piłem. Potrafiłem np. z balkonu przejść na balkon sąsiadki albo spuszczałem siatkę z jakimiś tam rzeczami – magnetofonem, radiem czy biżuterią matki – aby koledzy kupili za to alkohol. I faktycznie, miałem taki wizjer w drzwiach – wykręcałem go, a koledzy podawali mi przez niego plastikową rurkę zanurzoną w alpadze. I tak piłem sobie przez ten wizjer… Później leżałem nieprzytomny pod drzwiami, matka nie mogła wejść ani też pojąć, a jaki sposób znów się uchlałem…

D.B.: A co się teraz dzieje z tymi kolegami?

P.N.: Wielu spośród nich - osób, z którymi wychowałem się na osiedlu na Rakowcu i z którymi piłem - już nie żyje. Niektórzy zmarli, gdy ja już przestałem pić. Bardzo chciałem im pokazać, że z tego naprawdę można wyjść… Jeden z moich najbliższych znajomych z dzieciństwa, z którym założyłem pierwszy zespół, i z którym w zasadzie wszystko robiłem „po raz pierwszy”, zmarł, gdy ja nie piłem już trzeci rok. Miałem wtedy poczucie winy, że czegoś nie zrobiłem, ale nie byłem w stanie za niego wytrzeźwieć. Wielu z moich kolegów z osiedla umarło parę miesięcy temu –  w zasadzie zawsze kiedy tam jestem, to dostaję informację, że któryś odszedł. Niektórzy jeszcze tam siedzą – gdzieś pod sklepikami, na murku… Ludzie, którzy są w moim wieku, a wyglądają jakby mieli po 70-80 lat. Ale na siłę nie da się nic zrobić – wiem to po sobie. Moi rodzice próbowali przez „tylenaście” lat… Dopiero w momencie, kiedy mój ojciec powiedział: „Jeśli chcesz umierać, to trudno”, i zobaczyłem, że nie ma już nikogo, kogo mógłbym poprosić o pomoc, wtedy tak naprawdę dosięgnąłem swojego dna.

D.B. Ale kiedy potrzebowałeś pomocy, to jednak poszedłeś do taty…

P.N.: Tak, jedyną osobą, do której poszedłem po pomoc w 1997 roku był mój ojciec. On wtedy nie pił już ładnych kilkanaście lat i pracował na Kolskiej, gdzie tamtego poranka też mnie zawiózł. Byłem wrakiem człowieka, miałem za sobą trzytygodniowy ciąg alkoholowo-narkotyczny. Nie pamiętam nawet, jak doszedłem do jego domu. Wiem, że o 5 rano siedziałem na klatce, zaczynało się widno robić, ludzie powoli wychodzili do pracy… A ja nie chciałem go budzić, więc zapukałem dopiero po szóstej. Otworzył. Wyskamlałem: „Ratuj mnie!”. Po chwili posadził mnie w kuchni i powiedział: „Siedź i czekaj”. Zawiózł mnie na Kolską. Nie pamiętam, jak tam dotarliśmy. Pamiętam za to, że później leżałem na łóżku, miałem podłączone kroplówki i usłyszałem głos lekarza mówiącego do ojca, że jeżeli przeżyję 12 godzin to będę żył, ale nie daje żadnej gwarancji, bo jestem w takim stanie, że „wszystko się może rozsypać”… Później byłem z 8 czy 9 dni na detoksie i dopiero powiedziałem ojcu, że zgadzam się na terapię.

D.B.: A pamiętasz początek terapii? Wchodzisz do grupy wstępnej identyfikacji i nie masz problemu, aby zidentyfikować się z chorobą…?

P.N.: Pamiętam cały pobyt w Stanominie – całe 60 dni. Natomiast jeśli chodzi o początki, to będąc jeszcze na detoksie, myślałem: „Dobra, pójdę się leczyć, jakoś to będzie. I tak zawsze spadam na cztery łapy...” Działały we mnie wszystkie mechanizmy choroby, bo tak bardzo nie chciałem się przyznać do bezsilności, zrobić tego pierwszego kroku. Pojechałem dla świętego spokoju - wcale nie dlatego, że nagle zaznałem olśnienia. Nie ma – przynajmniej w moim otoczeniu – takiego alkoholika, który pije 15-20 lat i nagle wstaje któregoś dnia rano i mówi: „Idę się leczyć”. Większość alkoholików, których ja znam, podjęło leczenie, ponieważ poniosło wielkie konsekwencje swojego picia, dosięgnęło tego swojego dna. Oczywiście dla każdego dnem będzie coś innego. Ja straciłem wszystkie wartości w moim życiu: rodzinę, zdrowie, zespół, muzykę, sport, wiarę… i doszedłem do takiego momentu, że mogłem stracić tę ostatnią wartość - życie. I dlatego ojciec wysłał mnie do Ośrodka Stanomino.... A kiedy rozpocząłem terapię byłem zielony jak trawa – nie wiedziałem, o co w ogóle chodzi… Terapeutę zrobił ze mną wywiad, a ja cały czas wypierałem, mówiłem sobie: „To nie moja bajka. Po co ja tu jestem?”. Do tego stopnia, że w arkuszach testowych napisałem, że ktoś kto wymyślał te pytania musiał być nieźle pijany… I tak się woziłem na terapii, jak ten tramwaj w zajezdni, przez jakieś 4-5 dni do tygodnia, nie robiąc nic i olewając wszystko. No i w końcu mój terapeuta wziął mnie na indywidualną rozmowę i powiedział: „Jeżeli ty myślisz, że ty tu jesteś wielki „Nagiel”, który przyjechał z Warszawy, i będziesz tu na wakacjach, to weź te swoje rzeczy i spier….. stąd, bo na twoje miejsce czeka pięciu następnych. A tam za rogiem, jest sklep spożywczy…”. To był moment, gdy te słowa naprawdę mnie dotknęły – obnażyły moją pychę i egocentryzm. Odpowiedziałem mu: „To ja tu przyjeżdżam się leczyć, w wakacje, a ty będziesz mi tu gadał, że ja mogę iść się nachlać?” Pamiętam, że wyskoczyłem do niego z łapami… Gdyby nie inni terapeuci, to byłoby kiepsko. Ale on tak naprawdę uderzył w moje uczucia - mój strach i lęk. Bo ja podświadomie wiedziałem, że jak wyjdę z tego ośrodka, to zapiję się na śmierć. I wtedy zacząłem płakać - zrozumiałem, że nikt mi łaski nie robi, a poprzez moje zachowanie to ja ich błagałem, aby mi pomogli i nie wyrzucali na zbity pysk. Po tym rozpocząłem swój proces trzeźwienia - pisanie prac po nocach, obliczanie ilości wypitego alkoholu od pierwszego kieliszka, opisywanie przykładów destrukcji. Po nocach siedziałem i pisałem... Dopiero czytając te prace na grupie zrozumiałem, że to że żyję to prawdziwy cud.


4 komentarze
  • shade
    shade niedziela, 17, sierpień 2014 22:43 Link do komentarza

    mój syn sie topi w narkotykach a ja nie potrafie mu pomóc...ginie w oczach a ja stoje i jedynie potraffie płakać.nienawidzę siebie za tą bezsilność,brak wiedzy i błędy ktore popełniłam i przez ktore on nie umie zyć

    Raportuj
  • wiesław aa
    wiesław aa środa, 13, sierpień 2014 17:40 Link do komentarza

    13 lat,to najdłuższa moja abstynencja,przedtem kilka razy zapijałem,aż uświadomiłem sobie że jestem alkoholikiem,że sam sobie nie poradzę i tak przy pomocy AA PRÓBUJE zdrowieć.

    Raportuj
  • Krzysiek alkoholik
    Krzysiek alkoholik czwartek, 17, lipiec 2014 00:17 Link do komentarza

    Uczciwa i prawdziwa prawda .

    Raportuj
Skomentuj
powrót na górę
Napisz do nas!
Na pytania naszych Czytelników odpowiada dr med. Bohdan T. Woronowicz.
Wystarczy wypełnić poniższy formularz.

Odpowiedzi będą publikowane anonimowo na stronach portalu.
Przesłane w formularzu dane pozostają do wiadomości Redakcji.
Wyrażam zgodę na publikację w serwisie UZALEŻNIENIE.com.pl