Menu

Ten jeden kieliszek - Piotr Nagiel o swoim uzależnieniu

D.B.:  W ostatnich dniach terapii chodziło Ci po głowie pytanie: „I co dalej?”?

P.N. Kiedy rozpoczynałem terapię niektórzy byli już na samym jej końcu. I tu nagle słyszę na grupie, że ktoś wychodzi za 5 dni i boi się wejść do realu, czyli do świata, w którym żył. No i ja pytam: „Czego ty się boisz? Przecież masz wszystko! Wiedzę, tyle narzędzi, informacji, wiadomości – wiesz co masz robić, aby nie pić… Więc czego się boisz?” Nie mogłem tego zrozumieć do czasu, gdy sam miałem niespełna tydzień do wyjścia. Wtedy codziennie siedziałem pod gabinetem dyrektora i błagałem, aby pozwolił mi zostać kilka dni dłużej, bo ja sobie tam nie poradzę. Bałem się… W dniu wyjścia koledze, który miał po mnie przyjechać, popsuł się samochód i nie wiedziałem, gdzie mam się podziać. Znajomy z grupy zaproponował, abym te kilka dni przeczekał u niego – w Ustroniu Morskim. No i ja – jak głupi – wszedłem w paszczę lwa: pojechałem w wakacje nad morze, gdzie wszędzie zabawa, sklepik obok sklepiku, butelka obok butelki... Trafiłem na pole minowe, a bałem się aż tak, że przez te całe 3 dni z zasadzie nie wychodziłem z domu – o 6 rano szedłem na plażę, czytałem refleksje i medytacje na dany dzień, modliłem się i wracałem do swojego pokoju… I udało się. A po trzech dniach odebrał mnie znajomy. Niestety pobyt na starych śmieciach też do łatwych nie należał, bo wróciłem tam, gdzie piłem i umierałem, do miejsca, gdzie są moi koledzy, gdzie wszyscy dookoła piją…. Nie wiedziałem, jak mam zachować abstynencję… Strach był niesamowity! Moi koledzy zakładali się o to, kiedy pójdę w tango, a ten, który wierzył we mnie najbardziej, dawał mi pół roku. Tak więc początek mojego trzeźwienia był bardzo, bardzo trudny. Moje pierwsze dni po powrocie do Warszawy przetrwałem dzięki temu, że o 5 rano wychodziłem z domu, szedłem prawie kilometr do innego przystanku, aby nie iść przez osiedle, jechałem do Klubu Serce, w którym zazwyczaj siedziałem do później nocy, i ktoś z Klubu odwoził mnie do domu, abym nie miał kontaktu z pijanymi. Boże, jak ja bardzo chciałem nie pić… Bałem się, że jak już zacznę, to zapiję się na śmierć.

D.B.: No to jak Ci się udało?

P.N.: Po prostu - uwierzyłem, że jeżeli będę stosował zalecenia, które miałem zapisane w planie zdrowienia na najbliższy rok, to mam szansę nie wrócić do picia. Więc chodziłem na mityngi, do Klubu Serce, spotykałem się z trzeźwymi ludźmi, dużo czasu spędzałem poza domem - miejscem, gdzie piłem. Łapałem się wszystkiego, co mogło mi pomóc. Poszedłem na grupę odnowy duchowej, czytałem literaturę, nie bałem się dzwonić do ludzi ze Wspólnoty, jeśli miałem nawet najmniejszy problem… Musiałem się nauczyć wszystkiego od nowa. Wszystkiego! A przede wszystkim radzenia sobie z problemami bez alkoholu.

D.B.: Jesteś muzykiem rockowym, ale odkąd nie pijesz dajesz koncerty „trzeźwościowe”. Jak się w tym odnajdujesz?

P.N.: Muzyka to był mój wielki dylemat po odstawieniu butelki… Wcześniej, w 1993 roku, wydałem po pijaku płytę z moją kapelą. Jedna z piosenek - „Pijany anioł stróż prowadzi mnie jak chce” – była o tym, że właściwie picie to nie moja wina… Bo ja wszystkich obwiniałem, włącznie z moim aniołem... Później, w 1996 roku, dawaliśmy w Sopocie koncert i nawet nie pamiętałem, że grałem, że spadłem ze sceny… Byłem tak pijany i naćpany... To był mój upadek. I po tym wszystkim - po ukończonej terapii - ja naprawdę nie wiedziałem, czy kiedykolwiek będę w stanie wyjść na scenę … Bo ja nigdy nie występowałem na trzeźwo! Dla mnie to był kosmos. Ale kiedy w 1997 roku przestałem pić, wałkowałem ten temat przez kilka miesięcy ze swoim terapeutą, aż w końcu on powiedział: „Ty, to teraz będziesz dwa lata o tym gadał?! Może weź coś zrób z tym, spróbuj!”. No więc będąc dokładnie rok trzeźwym pojechałem do klubu Stodoła, w którym grałem i umierałem przez ostatnich parę lat. Spotkałem tam tych samych bramkarzy, co zawsze, i powiedziałem, że chciałbym zagrać koncert. A oni tylko zaśmiali się i odpowiedzieli: „Piotrek, daj spokój z tymi twoimi koncertami! To już jest historia.” Poszedłem do kierownika klubu – mówię mu, że byłem na terapii, że chciałbym spróbować zagrać koncert na trzeźwo, dla ludzi, którzy są trzeźwi. Odpowiedział: „Dam Ci wszystko: sprzęt, nagłośnienie i salę, ale jeden warunek – to ma być trzeźwy koncert.” I wtedy, po raz pierwszy, zagrałem na trzeźwo – było ponad 800 osób. Koncert trwał ze 3 godziny, z czego ja pamiętam 15 minut, bo był pełen wzruszeń, łez, emocji, że ja po prostu nie byłem w stanie tego wyrazić. Później Dorota Sosal napisała artykuł dla „Świata Problemów” pt. „Trzeźwy Rock w Stodole”. Jest w nim wypowiedź tych samych bramkarzy, którzy stwierdzili po koncercie, że czegoś takiego w życiu nie widzieli! I to był mój pierwszy koncert, dzięki któremu przekonałem się, że mogę i chcę coś takiego robić. Zobaczyłem też, ile radości dałem innym ludziom swoją trzeźwością. Była to oczywiście nadal muzyka rockowa, ale z innymi tekstami - bardziej osobistymi historiami, które przeżyłem i chciałem przekazać dalej. I tak to się zaczęło - krok po kroku zacząłem jeździć na różne zloty, występowałem dla ludzi trzeźwych, choć nie zawsze. Nie chodziło mi to, aby kogokolwiek nawracać. Nie chodziłem po knajpach, nie wyciągałem z nich nikogo, ale w ten sposób cały czas chroniłem siebie w pierwszym roku abstynencji. Po roku, dwóch latach nadal żyłem na „chwiejnych nogach” – o tę moją trzeźwość i abstynencję musiałem bardzo mocno dbać, pracować nad sobą. Ale dzięki temu dalej mogłem robić to, co kocham – zajmowałem się muzyką, pisałem teksty, tworzyłem coś dla ludzi...

D.B.: A jednak - dziś pracujesz nad swym trzeźwieniem, ale też pracujesz z osobami uzależnionymi. Jesteś terapeutą i prowadzisz z żoną ośrodek terapii uzależnień Od-Nowa…

P.N.: Owszem! Skończyłem wiele różnych szkoleń i warsztatów, aby profesjonalnie pomagać innym, choć nigdy nie przypuszczałem, że będę to robił. Bo tak, jak mówi Bohdan Woronowicz - alkoholik to człowiek, który lepiej się czuje po zdiagnozowaniu choroby. Kiedy wie, że jest alkoholikiem i zaczyna coś z tym robić, czyli trzeźwieć, to dużo lepiej się wtedy czuje niż kiedy jeszcze nie był chory, bo nie wiedział, że w ogóle jest... Trzeźwienie to proces zmiany całego swojego życia, zmiany siebie – zaakceptowania swojej bezsilności wobec alkoholu. Ale bezsilność nie oznacza bezradności. Mogę przecież korzystać z doświadczenia innych ludzi, którzy wyszli z uzależnienia, dziś są trzeźwi i sobie radzą. Trzeźwienie to też nauczenie się proszenia o pomoc. Kiedyś tego nie potrafiłem, bo uważałem, że wszystko wiem najlepiej. Później skończyłem program rozwoju osobistego, studium pomocy psychologicznej oraz studium terapii uzależnień i od 2008 roku jestem terapeutą. Jakiś czas temu wraz z żoną otworzyliśmy pod Warszawą ośrodek terapeutyczny, gdzie prowadzimy czterotygodniową terapię stacjonarną. Pracujemy na pierwszych trzech krokach - bezsilności, akceptacji i destrukcji. Pacjenci piszą prace, czytają je na grupach, dostają informacje zwrotne i utożsamiają się z problemem i fazą rozwoju uzależnienia, w której się znajdują. Później pracują nad akceptacją swojej choroby, a w ostatnim tygodniu – zdobywają motywację i plan zdrowienia – narzędzia, które pomogą im żyć w trzeźwości po zakończeniu terapii. Staramy się też pokazywać, że bez alkoholu, narkotyków czy leków można naprawdę dobrze się bawić. Bo dla pacjentów to jest zupełnie nowe doświadczenie. W toku terapii pokazujemy im również, że choroba nie jest przez nich zawiniona, że nie są gorsi czy inni, tylko są chorzy, i jeżeli będą korzystać z tych narzędzi, to mogą żyć godnie i na trzeźwo. Prowadzimy również warsztaty dla rodzin i osób współuzależnionych – staramy się im pokazywać, jak można funkcjonować w trzeźwości. Bo to nie jest wcale łatwe - uzależniony wraca do żony, dziecka i domu, w którym przez ostatnie 15 lat pił… A teraz nie pije i nie wie, jak ma się zachowywać. Bliscy też tego nie wiedzą…


4 komentarze
  • wiesław aa
    wiesław aa środa, 13, sierpień 2014 17:40 Link do komentarza

    13 lat,to najdłuższa moja abstynencja,przedtem kilka razy zapijałem,aż uświadomiłem sobie że jestem alkoholikiem,że sam sobie nie poradzę i tak przy pomocy AA PRÓBUJE zdrowieć.

    Raportuj
  • Krzysiek alkoholik
    Krzysiek alkoholik czwartek, 17, lipiec 2014 00:17 Link do komentarza

    Uczciwa i prawdziwa prawda .

    Raportuj
Skomentuj
powrót na górę
Napisz do nas!
Na pytania naszych Czytelników odpowiada dr med. Bohdan T. Woronowicz.
Wystarczy wypełnić poniższy formularz.

Odpowiedzi będą publikowane anonimowo na stronach portalu.
Przesłane w formularzu dane pozostają do wiadomości Redakcji.
Wyrażam zgodę na publikację w serwisie UZALEŻNIENIE.com.pl