Raportuj komentarz

Podobne (a chyba nawet lepsze i konkretniejsze) porównanie już widziałam na blogu: http://unsweet.me/2014/04/29/kiedy-boli/
"Niektórzy idą do psychologa jak do fryzjera: obetnij mnie, zapłacę i wyjdę zadowolona w ładnej fryzurze. A potrwa to 45 minut, góra godzinę. Ileż razy wychodziłam niezadowolona! Za pierwszym podejściem ogolono mnie na łyso i wyszydzono, a ja myślałam, że świat się wali, skoro ci najważniejsi specjaliści okazali się być nieodpowiedzialnymi, niewrażliwymi wariatami. Mam traktować psychoterapeutę i fryzjera w ten sam sposób? Dobrze. Ale jeśli idę do fryzjera i źle mnie obetnie, to nie zapuszczam włosów do końca życia ani nie obcinam się sama, bo się na tym nie znam i wiem, że skończy się marnie. Następnym razem idę gdzie indziej. Szukam do skutku. I gdy wreszcie trafię na takiego, który pozna się na moich włosach, niby zwyczajnych, ale jedynych w swoim rodzaju, który nie będzie próbował na siłę kręcić mi loków czy farbować na rudo, bo innym to pasowało, dopiero wtedy wyjdę stamtąd z przekonaniem, że z jego usług będę korzystać przez dłuższy czas. Słyszałam z milion razy, że wszyscy terapeuci są nieudolni, zarabiają łatwą kasę i tylko pogarszają stan człowieka, który do nich się zwraca. Oj, na pewno są i tacy. Ale nawet ci najlepsi w swoim zawodzie w niczym nie pomagają, jeśli sami o siebie nie dbamy. Jeśli pomiędzy wizytami u fryzjera będę namiętnie prostować i suszyć włosy niczym ich nie ochraniając, to siłą rzeczy ich stan będzie się pogarszał, nawet jak raz na jakiś czas wybiorę się do salonu na zabieg regeneracyjny."