Choroba alkoholowa rodzica nie pozostaje bez wpływu na dziecko. Jak głębokie rany psychiczne zostawia u Dorosłych Dzieci Alkoholików dorastanie w dysfunkcyjnym domu? Od czego zależy głębokość tych ran i jak radzić sobie z syndromem DDA? Na te pytania odpowiedziała nam dr hab. Maria Ryś, profesor UKSW, psycholog, wykładowca akademicki i autorka książki „Rodzinne uwarunkowania psychospołecznego funkcjonowania Dorosłych Dzieci Alkoholików”.

Anna Góra: Termin DDA odnosi się do osób, które pochodzą z rodzin z problemem alkoholowym. Zastanawiam się jednak, czy w przypadku osób, które wychowywały się w innych dysfunkcyjnych domach również można mówić o syndromie podobnym do DDA?

Maria Ryś: Objawy podobne do syndromu Dorosłych Dzieci Alkoholików mogą wystąpić po przeżyciu różnych poważnych trudności – po rozwodzie rodziców, długim wyjeździe bliskiej osoby, jak to ma miejsce np. w kontekście eurosierot, czy nawet przy chorobie psychicznej rodziców. Ważna jest skala tych trudności, to jak kochający byli rodzice względem dzieci oraz na ile było możliwe rozwinięcie u dziecka bezpiecznego stylu przywiązania. Bo tak naprawdę jednym z podstawowych mechanizmów warunkujących powstanie tego, co możemy określić syndromem DDA, jest właśnie brak wykształconego bezpiecznego stylu przywiązania. Jednak dużo zależy od tego, w jakim okresie życia dziecka wystąpił dany problem, bowiem inny wpływ na życie dziecka będzie on wywierał, gdy nastąpił we wczesnym dzieciństwie, a inny jeśli pojawił się w okresie dorastania.

A.G.: Czyli nie każda osoba, która pochodzi z rodziny alkoholowej ma syndrom DDA?

M.R.: Kiedy próbowano określić, czym jest syndrom DDA, pojawiło się bardzo wiele wątpliwości terminologicznych dotyczących tego, jakie objawy miałyby wchodzić w jego skład. Z całą pewnością nie każdy człowiek wychowywany w rodzinie z problemem alkoholowym cierpi. Każda też rodzina, w której się pije, jest inna. Istnieją na przykład rodziny, w których stosuje się przemoc i w takich sytuacjach dziecku rzeczywiście jest bardzo ciężko, a szczególnie wtedy, gdy nie ma ono nikogo, do kogo mogłoby się zwrócić ze swoimi problemami. Natomiast w rodzinach, w których mimo że rodzic jest uzależniony, ale bliska jest więź z kochającą mamą czy babcią, która jest wsparciem dla dziecka, to z całą pewnością może ono odczuwać mniejsze skutki choroby alkoholowej rodziców lub wręcz nie odczuwać ich wcale.

A.G.: Pani ostatnie badania dotyczyły m.in. skutków dorastania w rodzinie z problemem alkoholowym. Co pokazały ich wyniki?

M.R.: Spośród przebadanych 805 osób wzrastających w rodzinach z problemem alkoholowym więcej mężczyzn (36,71%) niż kobiet (27,02%) w swoim dorosłym życiu nie odczuwa skutków dorastania w tego typu rodzinie. Dla większej liczby badanych kobiet (28,08%) niż mężczyzn (23,58%) skutki te są bardzo bolesne – 2,12 proc. kobiet i 2,98 proc. mężczyzn wolałoby z ich powodu nawet nie żyć. Natomiast nieco więcej kobiet (42,55%) niż mężczyzn (37,91%) uważa, że potrafi sobie radzić z odczuwanymi negatywnymi konsekwencjami. Z przeprowadzonych badań wynika także, że problem ten dotyczy zdecydowanej większości osób dorastających w rodzinach z problemem alkoholowym (ok. 73% kobiet i 63% mężczyzn), ale nie wszystkich. Najmniej problemów przeżywają te osoby, których rodzice – mimo nadużywania alkoholu czy uzależnienia – byli kochający, a atmosfera w ich domu rodzinnym była życzliwa. Największe problemy, łącznie z pragnieniem odebrania sobie życia, wystąpiły u tych osób, które w dzieciństwie były odrzucone przez rodziców, a szczególnie przez matkę…

A.G.: Od czego więc zależy czy ktoś będzie lub nie będzie miał syndromu DDA?

M.R.: Można by próbować postawić hipotezę, że nie tyle sam problem alkoholowy w rodzinie pochodzenia odgrywa decydującą rolę w odczuwaniu objawów syndromu DDA, co postawy – kochające, bądź nie – rodziców. Sytuacja nie jest jednak w tym zakresie tak oczywista. Otóż ponad 60 proc. kobiet i prawie 50 proc. mężczyzn twierdzi, że ich matki były kochające, a ponad 55 proc. kobiet i 41 proc. mężczyzn – że kochający byli ojcowie. Gdyby więc występowała tutaj prosta zależność, to procent osób nieodczuwających negatywnych skutków wzrastania w rodzinie z problemem alkoholowym byłby o wiele wyższy. Tymczasem jedynie 27 proc. kobiet i 37 proc. mężczyzn stwierdza, że w swoim życiu dorosłym nie odczuwa bolesnych skutków dzieciństwa.


A.G.: Jakie inne czynniki wpływają na odczuwanie negatywnych konsekwencji alkoholizmu rodziców?

M.R.: Dorastanie w rodzinie z problemem alkoholowym często ma niszczący wpływ na rozwój psychiczny i społeczny dzieci, ponieważ w dzieciństwie cierpią one z powodu braku zaspokojenia podstawowych potrzeb. Szczególnie istotne dla ukształtowania się u dziecka prawidłowego poczucia własnej wartości jest zaspokojenie potrzeby miłości, ponieważ inaczej buduje się w nim przekonanie, że nie zasługuje na miłość, co może być przyczyną nawiązywania niewłaściwych relacji w okresie dorosłości. U osób, które spędziły dzieciństwo w rodzinach alkoholowych, wykształca się nieprawidłowa struktura „ja”: mają zaburzone poczucie własnej wartości, niejasny obraz siebie, tendencje do traktowanie siebie w sposób przedmiotowy, czyli nie kierują się własnymi potrzebami i uczuciami, ale wykorzystują własną osobę do osiągnięcia czegoś, co jest ważne dla innych. Wiele DDA ma też zaburzone funkcjonowanie w zakresie wyznaczania granic. Jednym z bardzo istotnych czynników w wykształceniu tych cech jest podejmowanie w dzieciństwie dysfunkcyjnych ról: Bohatera Rodzinnego, Dziecka we Mgle, Maskotki, Kozła Ofiarnego, czy Ułatwiacza. Z badań wynika, że osoby wchodzące w te role znacznie różnią się w zakresie poczucia własnej wartości, poziomu obrony własnych praw, potrzeby kontroli innych oraz poczucia bycia niekochanym od osób, które nie musiały tego typu ról podejmować. Kolejnym ważnym wyznacznikiem jest to, na ile w problemie uzależniania było zorientowane otoczenie dziecka, ponieważ im bardziej problem alkoholowy był znany w szerszym środowisku, nie tylko w kręgu rodziny, znajomych i przyjaciół, tym boleśniejsze skutki odczuwają DDA. Wyjaśnieniem tego typu związku może być fakt, że dzieci alkoholików są często napiętnowane z powodu nadużywania alkoholu przez rodzica.

A.G.: Jak objawia się syndrom DDA w dorosłym życiu takich osób?

M.R.: Objawy, które odczuwają DDA można podzielić na trzy najważniejsze grupy. Pierwsza obejmuje objawy emocjonalne, które osoby te odczuwają w stosunku do samych siebie, druga – w stosunku do najbliższych sobie ludzi, zaś trzecia dotyczy stosunku do pracy i panujących w niej relacji. Jeśli chodzi o relacje w pracy, DDA jest bardzo wygodnym dla pracodawcy pracownikiem. Są to osoby unikające konfliktów, które boją się konfrontacji i nie walczą o swoje prawa. Wykonują o wiele więcej obowiązków niż ich koledzy, często same godzą się na niewłaściwe traktowanie i proponują rozwiązania niekorzystne dla siebie, gdyż często budują poczucie własnej wartości na pomaganiu innym. Dlatego angażują się w pracę ponad swoje siły i swoim własnym kosztem. Z punktu widzenia pracodawcy są oni „idealnymi” pracownikami też dlatego, bo są ulegli, delikatni i wybuchają dopiero wtedy, kiedy mają już serdecznie dosyć danej sytuacji. DDA często cierpią na coś, co umownie i metaforycznie można nazwać „kapitanozą” – kapitan schodzi z okrętu ostatni. Te osoby trwają w pracy czy w innej trudnej sytuacji, kiedy inni już dawno zrezygnowali.

A.G.: Czy przez najbliższych i rodzinę DDA również są postrzegane jako „osoby idealne”?

M.R.: Nie. W ich relacjach często dominuje brak zaufania. Osoby z syndromem DDA mają – z jednej strony – ogromne pragnienie bliskości, a z drugiej – wielką obawę przed nią oraz lęk, że najbliższa osoba odejdzie. W rodzinie z problemem alkoholowym kłamstwo pomagało przetrwać, dlatego dla DDA drobne kłamstewka stają się jakby nawykowym reagowaniem, ale nie po to, aby faktycznie kogoś oszukać, ale by chronić bliskich przed problemami. A kiedy zdarza się to wielokrotnie, rodzi się  nieufność. Tym, co bardzo przeszkadza DDA w życiu, jest poczucie, że nie jest się kochanym. I nawet jeśli nie jest to prawda, to osoby z tym syndromem często zachowują się tak, aby te obawy potwierdzić – działa to jak samospełniająca się przepowiednia.

A.G.: Jak wobec tego DDA widzą siebie?

M.R.: Najbardziej cierpią te osoby, które w rodzinie z problemem alkoholowym nie otrzymały potwierdzenia ich własnej wartości, a więc ukształtowała się u nich obniżona samoocena. To bardzo mocno rzutuje na ich stosunek do samych siebie i własnych osiągnięć, z których – mimo ewidentnych sukcesów – często są niezadowolone. DDA bardzo często mają poczucie własnej nieatrakcyjności, co często jest niezgodne z prawdą. Dlatego też próbują budować własną samoocenę na pomaganiu innym i poświęcaniu się –  nawet własnym kosztem. DDA nie znają też swoich potrzeb – zwłaszcza wtedy, gdy w rodzinie z problemem alkoholowym pełniły role wymagające skupienia się na innych: Bohatera Rodzinnego czy Maskotki. Bardzo dobrze znają za to potrzeby innych. Tak więc gama problemów, z jakimi na co dzień borykają się te osoby jest ogromna. Osobę pochodzącą z rodziny dysfunkcyjnej, zwłaszcza z problemem alkoholowym, wyróżnia także brak radości życia i umiejętności odpoczynku i zabawy oraz ciągłe poczucie zagrożenia, mimo że nic zagrażającego się nie dzieje. DDA często przenoszą to w dorosłe życie – widzą, że inni się cieszą, że są radośni, a oni czują się tak, jakby patrzyli przez szklane ściany na świat zewnętrzny, w którym inni żyją pełnią życia i działają z pasją. Myślę, że dla wielu z nich jest to bardzo poważny problem – mają poczucie ograbienia z radości, czują się tak, jakby żyli w innym, odizolowanym świecie…


A.G.: To jak żyją? Co pomaga im przetrwać tę codzienność?

M.R.: Myślę, że to jest bardzo trudne pytanie. Są osoby, które udają, że nic się nie stało, a są też takie, które przez całe życie starają się być tym samym bohaterem z dzieciństwa, czyli – mówiąc metaforycznie – „stają na palcach”, aby spełnić wszelkie stawiane im oczekiwania. Są też osoby, które przyjmują postawę ofiary, jak to robiły w okresie dzieciństwa, i próbują wzbudzać litość otoczenia, a także takie, które zakładają „pancerz ochronny” i odgradzają się od wszelkich uczuć. Tak więc strategii umożliwiających przetrwanie może być bardzo wiele i myślę, że są one w dużej mierze uwarunkowane rolami, które były pełnione w okresie dzieciństwa i w które życie niejako „wcisnęło” dane dziecko niezależnie od niego.

A.G.: Czy można w takim razie określić, w jaki sposób role przyjmowane przez dziecko w rodzinie alkoholowej wpływają na role społeczne pełnione przez nie w dorosłym życiu?

M.R.: Przystępując do badań wyobrażałam sobie, że Bohater Rodzinny, skoro był tak szlachetny i ceniony, nie będzie miał obniżonego poczucia własnej wartości i że konieczność pełnienia tej właśnie roli wiąże się z „najmniejszymi” stratami psychicznymi. Okazuje się, że nie. Ponadto, jak wynika z naszych badań, jednym z najważniejszych problemów jest to, na ile głęboko i jak często dana osoba musiała pełnić daną rolę. Warto podkreślić, że w zasadzie nie ma „czystych” ról. Dzieci w rodzinach alkoholowych najczęściej przyjmują różne role naprzemiennie, w zależności od danego okresu życia –  czasem jedna z nich wyraźnie dominuje, a pozostałe są pełnione tylko epizodycznie. Często jest też tak, że człowiek przenosi na swoje dalsze życie mechanizm, według którego funkcjonował w dzieciństwie. Tak więc jeżeli był Bohaterem Rodzinnym, to mając 50-60 lat w dalszym ciągu jest nadopiekuńczy w stosunku do młodszego rodzeństwa. Jeżeli był Kozłem Ofiarnym, to w wieku dojrzałym zdarza się, że poprzez swoje negatywne zachowania niejako „woła o pomoc”. Natomiast Maskotka w dorosłym życiu często nadal stara się polepszać nastrój innym. Tak więc jeśli człowiek, wychodząc z rodziny dysfunkcyjnej, nie zrobił nic ze swoimi problemami, to często w dalszym ciągu przyjmuje te role – ich schematy i sens. I bywa tak, że zdaje on sobie sprawę z tego, jak nieprawidłową funkcję spełniają one w jego życiu.

A.G.: Skoro zdaje sobie sprawę, to czy nie chce „wyjść” z tych schematów?

M.R.: Kiedyś na terapię zgłaszały się dopiero dojrzałe DDA będące już rodzicami, których zazwyczaj motywowały do tego własne dzieci. Widząc, co się dzieje z mamą czy tatą, dostrzegając ich uległe i nieasertywne zachowania, zachęcały do podjęcia terapii. Dziś jest inaczej. Młode pokolenie jest o wiele bardziej świadome, chce żyć inaczej, patrzy na radość życia swoich koleżanek i kolegów. Ci młodzi ludzie o wiele bardziej chcą coś zrobić z trudnym dziedzictwem wyniesionym z rodziny pochodzenia i sami zgłaszają się na terapię, motywowani przede wszystkim tym, że nie chcą żyć tak, jak ich rodzice.

A.G.: Czy osoba z syndromem DDA jest w stanie poradzić sobie bez profesjonalnego leczenia?

M.R.: Wydaje mi się, że jednym z najważniejszych kryteriów, które decyduje o tym, czy dana osoba jest w stanie sama sobie poradzić, jest to, jak bardzo odczuwa ona skutki wzrastania w rodzinie z problemem alkoholowym. Gdy zranienia są głębokie potrzebna jest profesjonalna pomoc. Mówiąc nieco żartobliwie – dla DDA zmieniłabym przykazanie „miłuj bliźniego swego, jak siebie samego” – na odwrotne: „miłuj siebie samego, jak miłujesz bliźniego swego”, co znaczy, że DDA powinni przede wszystkim zatroszczyć się o siebie. Oczywiście nie chodzi tutaj o egoizm. Mam na myśli prawidłową miłość do samego siebie, czyli troskę o poszanowanie własnej godności, o szacunek do samego siebie, o swój wolny czas, odpoczynek, rozwój własnych zainteresowań, poznawanie swoich potrzeb i rozwój osobisty. Wydaje mi się, że jednym z najważniejszych aspektów, dzięki któremu DDA same mogą sobie pomóc, jest wiara w to, że źródło prawidłowego poczucia własnej wartości tkwi w nas samych – trzeba tylko je odkryć. Natomiast jeśli te rany są bardzo głębokie, to – metaforycznie rzecz ujmując –  trzeba je zagoić. Zranionej osobie niezwykle trudno jest iść przez życie, więc często potrzebna jest terapia. Zagojenie ran jest szczególnie ważne, aby odbudować poczucie własnej wartości oraz wyzwolić drzemiący w DDA potencjał twórczy, ponieważ te osoby nie widzą olbrzymich możliwości, które w nich tkwią. Uwolnienie się od trudnego doświadczenia, jakim było wzrastanie w rodzinie dysfunkcyjnej, jest możliwie dopiero po rozwiązaniu całego szeregu różnych problemów. W procesie zdrowienia ważne jest także to, czy są to – mówiąc obrazowo – rany „czyste” czy „ropiejące”. Bo zupełnie inna i o wiele prostsza będzie sytuacja DDA, którego rodzic przestał pić, poszedł na terapię i stara się wynagrodzić zło, które wyrządził, a inna osoby, której rodzic pił i pije, krzywdził, wykorzystywał, a dziś jest schorowany i oczekuje pomocy, opieki… Na chwilę obecną wiadomo na pewno, że podejście terapeutyczne powinno być warunkowane okresem, w którym zaistniało zranienie. Osoby, które zostały skrzywdzone we wczesnym dzieciństwie odczuwają to w zupełnie inny sposób i potrzebna jest im inna forma terapii. Dla nich o wiele skuteczniejsza jest terapia oparta na emocjonalnych przeżyciach. Natomiast jeżeli zranienie pojawiło się w późniejszym okresie, to o wiele łatwiej można dotrzeć do takiej osoby za pomocą argumentacji „twój tato tak się zachowywał, ponieważ był chory na chorobę alkoholową”. A dla małego dziecka samo pojęcie „choroba alkoholowa” nie jest możliwe do zrozumienia. Bardzo często spotykałam się z osobami, które np. przeszły już terapię, a mimo to mówiły: „intelektualnie ja to rozumiem, ale moje serce nie chce tego przyjąć”. To pokazuje, jak wielką rolę odgrywa emocjonalne przeżycie przebaczenia w uwolnieniu się od spuścizny wyniesionej z rodziny z problemem alkoholowym. Proces wyzwalania się od zranień jest procesem bardzo trudnym. Warto jednak podjąć ten wysiłek.

A.G.: Od czego zależy więc głębokość tych ran?

M.R.: Jest to zagadnienie, które coraz częściej powraca w badaniach naukowych, chociażby przy okazji analiz dotyczących odporności psychicznej. Wielu naukowców stawia sobie także i dzisiaj pytanie – dlaczego bywa tak, że nawet przy bardzo poważnym zranieniu pewne osoby „otrząsają się” i idą dalej, nie odczuwając dolegliwych skutków, a inne – przy mniej bolesnych zranieniach  mogą bardzo cierpieć. Wkrótce w Instytucie Psychologii UKSW rozpoczynamy program badawczy, który – mam nadzieję – pozwoli głębiej przeanalizować ten problem. Zbadamy, czy odporność psychiczna zależy od pełnionych w dzieciństwie ról, czy np. od postaw rodzicielskich. Problem jest niezwykle interesujący, a udzielenie pełnej odpowiedzi na to pytanie przy aktualnym stanie wiedzy jest trudne. Mam nadzieję, że wyniki badań będą ciekawe i że warto będzie podzielić się nimi z Czytelnikami.  

A.G.: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Anna Góra

Dr hab. Maria Ryś, prof. UKSW  – psycholog rodziny, kierownik Podyplomowego Studium Relacji Interpersonalnych i Profilaktyki Uzależnień Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, autorka licznych badań i publikacji z zakresu psychologii małżeństwa i rodziny oraz książki pt. „Rodzinne uwarunkowania psychospołecznego funkcjonowania Dorosłych Dzieci Alkoholików”.

fot. iStock

Komentarze

Małgosia Lorkiewicz2014-10-02 07:37:28

Przeczytałam ten artykuł i uświadomiłam sobie, że mam problem od dawna ale brak czasu i odwagi by coś z tym zrobić. Dziękuję...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *