Uzależniony musi sięgnąć dna, żeby się od niego odbić. Asia od hazardu uzależniła się bardzo szybko. Przez trzy lata grała codziennie, mimo cierpienia, płaczu i zmęczenia fizycznego. Jeśli nie miała siły się umyć, uczesać, umalować i porządnie ubrać nie szła do kasyna… Wkładała rozciągnięte spodnie od dresu i grała na automatach, w miejscu, gdzie nikt nie przywiązywał wagi do jej wyglądu. Musiała. Kłamała, kradła, tonęła w długach, ale grała dalej, bo to dawało jej adrenalinę, ten „haj”, którego potrzebowała. W styczniu minęło 14 lat odkąd nie gra. Historia Asi, zdrowiejącej hazardzistki.

Niewinne gierki

– Gra towarzyszyła mi od zawsze, odkąd pamiętam. Od dzieciństwa grałam we wszystko. Dla mnie ważny był wątek rywalizacji. Zawsze chciałam być pierwsza, najlepsza… wszystko naj: najmocniej, najszybciej, najładniej – tłumaczy dziś Asia. Na co dzień nie była perfekcjonistką, jednak w grze zawsze musiała być dobra. Jeśli któraś sprawiała jej trudność lub nie łapała bakcyla – rezygnowała. Nie zadowalała się półśrodkami.

Asia zaczęła grać z dwóch powodów. Z jednej strony czuła, że matka „zagłaskuje ją na śmierć” i szukała drogi ucieczki od tej ciągłej kontroli. Z drugiej – miała bardzo niskie poczucie własnej wartości. Wychowywała się w atmosferze nadopiekuńczości. – Rodzice uważali, że mnie zmotywują nieustannym wytykaniem moich niedoskonałości. Powtarzali, co i jak powinnam robić, że do niczego się nie nadaję, muszę nad tym czy tamtym popracować. A w rezultacie wytworzyli we mnie poczucie, że jestem nieudolna, brzydka, niezgrabna, mało wartościowa i nic nie potrafię. Wyrosłam w przeświadczeniu, że jestem do niczego – opowiada. Wydawało jej się, że upragnione poczucie wartości, wolność i niezależność zapewnią jej pieniądze. – One – jak wtedy sądziłam – spowodowałyby, że wreszcie by mnie lubiano i szanowano, że kupię miłość, przyjaciół… Mówiąc w przenośni, marzyłam o takich kwotach, których nie umiałabym odczytać, gdyby je zapisano na skrawku papieru.

Uprawianie hazardu rozpoczęło się u Asi niewinnie. Z czystej ciekawości, wraz ze znajomymi, wybrała się do nowo otwartego salonu bingo. – Wszystkim znudziło się po godzinie, ale nie mi. Byłam zachwycona – wspomina po latach.

Narodziny hazardzistki

Asia uzależniła się po niespełna roku gry towarzyskiej. Dobrze pamięta dzień, kiedy hazard przestał być przyjemnością. – Przekroczyłam granicę, tę cienką czerwoną linię, gdy poszłam grać sama. Tego dnia obdzwoniłam koleżanki. Jedna nie miała pieniędzy, druga czasu. Jednak nie powstrzymało mnie to… Poszłam. Myślałam, że umrę ze wstydu. To był dla mnie milowy krok… do uzależnienia – opowiada.

Po raz pierwszy Asia zaczęła się rozglądać za profesjonalną pomocą, gdy zauważyła, że wprowadza różne próby kontroli gry. – Szukałam psychologa, terapeuty czy kogokolwiek, komu zapłacę, a on mnie z tego wyleczy… Tak wówczas postrzegałam tę chorobę. Dzwoniłam do różnych prywatnych ośrodków, ale wszyscy tłumaczyli: „Co Pani… gdyby Pani miała problem z alkoholem, nikotyną czy narkotykami to zapraszamy, ale przecież nie z hazardem”. Ich odpowiedzi tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że to nie nałóg, że zwyczajnie jestem ekscentrykiem, który ma takie, a nie inne, hobby. I grałam dalej.

Gdy wprowadzane próby kontroli nie przynosiły rezultatu Asia godzinami, do późnej nocy, przebywała u znajomych i przyjaciół, z nadzieją, że to powstrzyma ją przed pójściem do kasyna. W nocy wracała do domu, kładła się spać i… nie była w stanie zasnąć. – Wstawałam o pierwszej czy drugiej w nocy i jechałam grać. Ryczałam i cierpiałam, ale jechałam. Musiałam. Wtedy już wiedziałam, że dawno zmieniłam „chcę grać” na „muszę”. Spadłam na samo dno.

Kolejne dni zlewały się. Po pracy Asia wracała do domu, czasem chwilę spała i… jechała do gralni. Nie czytała książek, nie oglądała telewizji. Nie wiedziała, co się dzieje na świecie. Czasami, choć niechętnie, bywała na spotkaniach z rodziną, na których wytrzymywała godzinę i pod byle pretekstem, kolejnym kłamstwem, jechała grać. Potrafiła spać dwie, trzy czy cztery godziny dziennie. – To jest taka adrenalina i takie emocje, że nie ma czasu na sen. Są hazardziści, którzy grając wytrzymują bez snu trzy doby pod rząd. Jak alkoholik – upijałam się, ale nie wódką, tylko adrenaliną, tym hajem. Amerykanie przeprowadzili badania, z których wynika, że mózg grającego hazardzisty niczym nie różni się od mózgu świeżo naćpanego narkomana, który nie czuje ani bólu fizycznego, ani uczuć. Ze mną było tak samo… Ja też nie czułam bólu.

Pozostało jednak uczucie wstydu. W tamtym okresie Asia prowadziła hasłowe notatki – zapisywała w kalendarzu, gdzie danego dnia grała, aby nie natykać się na tych samych krupierów. Znała nie tylko ich imiona, ale także system pracy. – Wiedziałam, którzy krupierzy pracują danego dnia, stąd tak planowałam miejsce i czas gry, aby unikać z nimi częstego kontaktu. Nie chciałam, aby mnie osądzali i oceniali. Myślałam, że dzięki tym misternym notatkom udaje mi osiągnąć ten cel. Niestety, myliłam się. Pewnego dnia w sądzie jedna ze znajomych krupierek zapytała, co u mnie słychać. Odpowiedziałam pierwsze, co mi przyszło do głowy – „już nie gram”. „To dobrze. Bo rzeczywiście dość często Pani przychodziła i to mógł być problem – odparła”. A ja byłam przekonana, że nikt tego nie widział.


Każdy ma swojego Anioła Stróża

 W swoim życiu Asia grała we wszystko, oprócz zakładów bukmacherskich. Ale w przypadku osoby uzależnionej rodzaj gry nie ma znaczenia. Bo jeśli nie miała siły się umyć, uczesać, umalować i porządnie ubrać, to wówczas nie szła do kasyna… Wkładała byle jakie, rozciągnięte spodnie od dresu i szła grać na automatach, gdzie nikt nie patrzył, jak wygląda. – Nie chciałam tak dłużej żyć. Zarabiałam świetne pieniądze, a tonęłam w strasznych długach bankowych. I nic za tym nie szło, nic z tego życia nie miałam. Cały czas żyłam w napięciu, bo musiałam pamiętać, co komu nakłamałam. Kradłam pieniądze na grę. To był koszmar.

Pewnego dnia w kasynie, w którym grała, do stolika Asi dosiadł się „suchy” gracz. Kobieta nie miała pieniędzy, ale „żywiła” się jej grą. Asi nie odpowiadały jej komentarze, dlatego wysoko obstawiała, żeby jak najszybciej zakończyć grę. Przegrała pieniądze, opuściła lokal i poszła na najbliższy postój taksówek. Kobieta wyszła za nią i chcąc kontynuować rozmowę poprosiła o podwiezienie. Asia niechętnie się na to zgodziła. – Dobrze pamiętam jej pierwsze zdanie po wejściu do taksówki: „Wie Pani, hazard może być sporym problemem i może uzależniać”. „Chyba dla Pani…” – odparłam z przekąsem. W tamtym momencie szczerze jej nienawidziłam. Chwilę później dodała, że jest hazardzistką i że w Warszawie odbywają się mityngi dla Anonimowych Hazardzistów, gdzie można znaleźć pomoc. Ja już wcześniej szukałam takich spotkań i choć w rozmowie z kobietą zarzekałam się, że nie jestem uzależniona, właściwie już wtedy wiedziałam, że przyjdę… Wysiadając z taksówki kobieta dała mi do siebie numer telefonu i poprosiła, że gdybym zmieniła zdanie i chciała pójść z nią na mityng w sobotę to czeka na mój kontakt. Od środy do soboty Asia grała bez opamiętania – to było jej wielkie pożegnanie z hazardem. W sobotę skończyła grę około 7 rano. Mityng był o 11. Wróciła do domu. Wypiła kawę, wypaliła kolejną paczkę papierosów… i zadzwoniła do swojego Anioła Stróża.

Trudy zdrowienia

Po pierwszym mityngu Asia skrupulatnie odliczała godziny bez gry. Jednak, jak dziś opowiada, najtrudniejszą rzeczą w wychodzeniu z patologicznego hazardu nie jest zaprzestanie grania. To jest dość proste, choć na początku faktycznie bywa różnie. Z perspektywy lat wie, że najtrudniejsze jest zdrowienie, trzeźwienie. To jest sztuka, bo wymaga całkowitej zmiany siebie i swojego życia. Nie następuje z dnia na dzień – to wieloletni proces. – Nawrót choroby nie polega na tym, że muszę fizycznie zagrać. To jest zespół zachowań, które prezentuję z okresu grania, czyli moje hazardowe myślenie, moje marzeniowe myślenie, racjonalizacja, minimalizacja, huśtawka nastrojów, w którą wpadam, brak zrównoważenia czy nietypowe zachowania – pyskuję, wpadam w histerię, płacz… Wtedy mogę już mówić o nawrocie, bo coś się ze mną dzieje niedobrego. Zazwyczaj potrafię ten stan u siebie rozpoznać… A jeśli nie, to mam wokół ludzi, którzy są od tego, żeby te zachowania u mnie dostrzec. Bo absolutnie najlepszym sposobem, aby radzić sobie z nawrotem, jest mityng! Jak tylko sobie przypomnę, kim jestem, to od razu mi przechodzi. Na szczęście dziś jest z tym łatwiej. Kiedy przyszłam do Wspólnoty Anonimowych Hazardzistów, a był to rok 1998, w Warszawie były dwa mityngi. W tej chwili jest ich już siedem.

Mechanizmy obronne patologicznego hazardzisty są takie same, jak w przypadku innych uzależnień. Hazardziści żyją w iluzji, zaprzeczeniu. Okłamują siebie, minimalizują i racjonalizują. To stąd u nich twarz pokerzysty. – Kwestia identyfikacji z problemem jest bardzo indywidualna. Ja również miałam z tym problem. Tym bardziej, że uważałam siebie za dużo lepszą od innych hazardzistów, którzy wszystko w swoim życiu przegrali. Nazywałam ich menelami hazardowymi. Ja natomiast miałam gdzie mieszkać, miałam pracę… tak więc, byłam lepsza. (…) Leczyłam się w Charcicach, razem z alkoholikami, którym bardzo trudno było zrozumieć obecność na terapii hazardzistów. Oni nie pojmowali, że to też jest nałóg i że hazardzista gra przez cały czas, nie tylko w kasynie… wystarczy nakrętka napoju z promocją czy papierek po słodyczach, zachęcające do wysłania sms i wzięcia udziału w losowaniu nagród. To przecież też jest hazard – tłumaczy Asia.

Przegrywamy tyle, na ile nas stać

Suma, jaką przegrywa hazardzista nie czyni go mniej lub bardziej uzależnionym. Nie ma różnicy, ile kto „zostawił” w kasynie czy w innej gralni. Liczy się sam fakt uzależnienia. Asia przegrała bardzo dużo. Jednak nie chce się pławić w żalu i tęsknocie za straconymi latami, gdy mogła założyć rodzinę. – Mogę się użalać nad sobą… i szybko iść grać dalej, żeby tego nie czuć. A mogę też zmówić najpiękniejszą modlitwę, jaka istnieje pod słońcem, „Modlitwę o pogodę ducha” i pogodzić się z tym, czego nie mogę zmienić… Nie zmienię tego co było, więc czemu miałoby mi to służyć? Zresztą to jest kawałek mojego życia, historia, która mnie ukształtowała i dała doświadczenie. W tej chwili jestem dużo bogatsza od tych niegrających. Dużo, dużo bogatsza… i nie mówię o zawartości mojego portfela – dodaje.

Dziś Asia nie tęskni za grą. Na pewnym etapie zdrowienia zachodzi diametralna zmiana w rozumieniu tej choroby. Kiedyś abstynencję od gry Asia postrzegała jako zakaz – nie wolno jej było grać – i była z tego powodu nieszczęśliwa. Teraz wie, że może zagrać w dowolnym momencie, jeśli tylko będzie chciała. Różnica tkwi w tym, że już nie chce! – Nie mam za czym tęsknić. Natomiast gdybym zatęskniła i zapragnęła, to mam świadomość, że to byłby ewidentnie nawrót choroby. I jeśli powróciłabym do grania, to tylko na własne życzenie. To jest naprawdę tak proste. Jeżeli ktoś choruje i nie postępuje zgodnie z zaleceniami lekarza, umrze. W przypadku hazardu jest tak samo. To jest mój wybór i ja też chcę żyć. Wiedząc, co mogę zrobić, żeby żyć… godnie, uczciwie, normalnie, to zwyczajnie to robię! Nie chcę tamtego życia, bo i na co mi ono? Nieprzespane noce, kradzieże, długi, kłamstwa, manipulacje i samotność… Za czym tu tęsknić?

Z miłości do…

Asia nie gra od ponad 14 lat. Znalazła szczęście. Dziś ma też inną autoświadomość. Wcześniej nienawidziła siebie. Za wszystko: wygląd, sposób mówienia, malowania się, za grę również. Robiła rzeczy na pokaz, dla innych, nigdy dla siebie. Intelektualizowała, chciała imponować wszystkim dookoła… Teraz już wszystko jej wolno. – Jestem wolnym człowiekiem. Nie ograniczają mnie ani nałogi, ani konwenanse. Choć moja matka jeszcze najchętniej trzymałaby mnie na łańcuchu, sama umiejętność mówienia „nie” i tego, co myślę, dbania o siebie, brak obaw przed pytaniem i życie bez strachu o to, co powiedzą ludzie, jest radością samą w sobie. Ja te umiejętności zdobyłam dzięki terapii i uczestnictwu w mityngach, dzięki pomaganiu innym, co też daje radość i zmienia komfort życia. Nauczyłam się również miłości do siebie… Kiedyś przeczytałam książkę Anny Dodziuk „Pokochać siebie” i pewnego dnia chciałam do niej powrócić. Poszłam więc do księgarni i Pani ekspedientka widząc mnie z tą książką w ręku mówi: „Koniecznie, koniecznie, żeby pokochać siebie”. A ja jej na to: „Wie Pani co? Już bardziej się nie da!”.

Asia jest absolwentką Programu Rozwoju Osobistego organizowanego przez Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych oraz Studium Pomocy Psychologicznej. W przyszłości chciałaby ukończyć Studium Terapii Uzależnień, aby nieść pomoc innym potrzebującym. 

Rozmawiała Dorota Bąk
fot. iStock

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *