W dzisiejszym dynamicznym świecie wszyscy jesteśmy zapracowani. Dzień zaczynamy od mocnej kawy i odbierania skrzynki mailowej. Wszystko robimy na ostatnią chwilę, ciągle jesteśmy w „niedoczasie”. Wciąż jesteśmy pod telefonem – tak na wszelki wypadek. Codziennie mamy na głowie tysiące spraw, które nie mają większego znaczenia dla naszego zdrowia, samopoczucia czy rodziny, ale wydaje nam się, że bez załatwienia ich nasz świat się zawali. Co gorsza zaczynamy mieć wrażenie, że taki styl życia to nie nasz wybór, lecz konieczność. Jesteśmy przekonani, że to właśnie tego oczekuje od nas współczesny świat, że zwyczajnie nie mamy wyjścia… Ceną za myślenie w ten sposób może być pracoholizm.

A gdyby tak odłożyć wszystkie nasze plany i spędzić dzień na czytaniu książki albo słuchaniu ulubionej muzyki? Wielu z Was pewnie pomyśli: „po co? Przecież to nuda” albo „luksus dla bogatych”. Tymczasem okazałoby się, że bez naszej gonitwy świat nadal fantastycznie sobie radzi i to wcale nie oznacza, że nie jesteśmy mu potrzebni, ale że tempo naszego życia to nasz wybór.

Niewolnicy zegarka

Pewien mężczyzna podniósł tempo życia do granic swojej wytrzymałości. Oszczędzał każdą minutę, by na koniec dnia odhaczyć wszystkie zadania z listy powinności. Pewnego razu postanowił „urwać” kilka minut z czytania bajki do snu swojemu synowi. Pomysł wydał mu się genialny – „jednominutowe bajki na dobranoc”. Były to streszczenia różnych bajek dla zapracowanych rodziców, którzy nie mają dla swojego dziecka więcej niż… 60 sekund. Mężczyzna uświadomił sobie jaki to absurd, kiedy spróbował wyobrazić sobie bajkę Hansa Christiana Andersena w jednominutowym wydaniu. To był dla niego impuls, by się zatrzymać. Jak to później opisał, jego życie było „treningiem pospiesznego upychania jak największej liczby zajęć w każdą godzinę”, a siebie samego określił „Dickensowskim Scrooge’em ze stoperem w dłoni”.

Tym mężczyzną jest Carl Honore, autor książki pt. „Pochwała powolności”, w której przekonuje, że warto być powolnym, delektować się każdą chwilą, zrobić mniej, ale z uwagą i zaangażowaniem niż więcej powierzchownie i w pośpiechu. Taki styl życia, zwany slow life,  wymaga na początku wiele wysiłku, ponieważ skłania przede wszystkim do refleksji nad tym, co naprawdę dla nas ważne i zrezygnowania z tego, co zbędne. Autor książki zachęca, by spojrzeć krytycznie na swoje życiowe wartości i czas, jaki poświęcamy na ich realizowanie oraz wziąć sobie do serca, że jeśli nie poświęcimy się temu, co naprawdę się dla nas liczy, nigdy nie poczujemy się spełnieni. Ponadto, jest szansa, że uwolnimy się od poczucia, że goni nas czas. Kiedy przystaniemy i zastanowimy się na co chcemy go poświecić, to my będziemy trzymali go w ryzach.

Życiowa pogoń za szczęściem?

Małgorzata zawsze była bardzo ambitna i sumienna. Kiedy była na studiach te cechy jej charakteru okazywały się bardzo pomocne, były wręcz gwarancją sukcesu. Zawsze miała mnóstwo zajęć wynotowanych w dużym kalendarzu. Rzadko pozwalała sobie na jakiekolwiek zmiany w swoim grafiku, lubiła trzymać rękę na pulsie i odczuwała satysfakcję, kiedy udało jej się wykonać wszystkie „zadania dnia”. Po studiach szybko znalazła pracę w dużej korporacji. Czuła się doceniona i „na swoim miejscu”. Jej dotychczasowe nawyki organizacji pracy świetnie wkomponowały się w wymagania jej szefów i w ten sposób Małgorzata zaczęła odnosić zawodowe sukcesy. Z czasem praca wymagała od niej coraz więcej poświęceń i zaangażowania. Siedzenie po godzinach, branie dodatkowych projektów stało się normą. Wszyscy dookoła zapewniali, że tak właśnie musi być, że nie ma innego wyjścia, że z pewnością da temu radę, a ona w to wierzyła i stawała „na palcach”, by dosięgnąć do wysoko postawionej przez jej pracodawców poprzeczki. Niedługo trzeba było czekać na efekty uboczne – nieprzespane noce, bóle żołądka, wieczny ból głowy… Pierwszy raz usłyszała, że powinna zwolnić tempo od swojego lekarza, który inaczej nie mógł jej pomóc. Brak snu, nieregularne i byle jakie posiłki oraz przewlekły stres doprowadziły jej organizm do wycieńczenia. Wtedy wydawało jej się, że to przesada i problem dostrzegła dopiero, kiedy przebywając w domu na zwolnieniu lekarskim zupełnie nie potrafiła zadbać o siebie. Nie wiedziała od czego zacząć, wszystko wydawało się błahe i bezsensowne – „śniadania w łóżku? Komu to sprawia przyjemność?” Myślami była wciąż w pracy i to był klucz do rozwiązania problemów Małgorzaty.

Pracoholicy często bagatelizują swoje uzależnienie wymówkami, że taki po prostu jest ich styl życia. Jednak różnic między uzależnieniem od pracy, a spełnieniem zawodowych ambicji jest wiele: – Najważniejszą jest moment, w którym praca pochłania nas tak bardzo, że zaniedbujemy inne sfery życia, a szczególnie, kiedy staje się przymusem. Objawia się to ciągłą potrzebą robienia czegokolwiek. O uzależnieniu możemy mówić gdy trudno jest nam odpoczywać, a czas bez pracy traktujemy jak zmarnowany. Jeśli bierzemy pracę do domu, a nawet na urlop, jeśli brakuje nam czasu dla siebie oraz dla swoich bliskich, nie poświęcamy zupełnie czasu na sport, uciekamy w pracę od problemów i trudnych emocji, warto się zatrzymać i zastanowić, ponieważ są to symptomy uzależnienia. Realne spełnienie zawodowe możemy połączyć ze spełnieniem osobistym – można być osobą ambitną i pracowitą, a jednocześnie wiedzieć, kiedy jestem zmęczona, kiedy powiedzieć sobie stop i zająć się innymi, równie przyjemnymi i ważnymi aspektami życia. Spełniając się zawodowo zachowujemy równowagę między wypoczynkiem a pracą. Natomiast zatracając ten zdrowy balans możemy wpaść w pracoholizm. – mówi psycholog i life coach Kinga Ślużyńska.


 

Z jednej strony każdy z nas może mieć intensywniejszy okres w pracy, w którym znajdzie się ona na pierwszym miejscu. Większość osób po takim okresie szybko poczuje zmęczenie, potrzebę zmiany, równowagi i odpoczynku, choć są też tacy, którzy w pracy znajdą azyl przed problemami codzienności. Pułapką może okazać się fakt, że za pracowitość czekają nas gratyfikacje w postaci premii czy awansu. Tego typu nagrody mogą spowodować, że zdecydujemy się pozostać w tej codziennej gonitwie. Są też osoby bardziej narażone na pracoholizm niż inne. – To są osoby, które budują swoje poczucie wartości poprzez zewnętrzne osiągnięcia, potrzebują aprobaty innych, by czuć się dobrze, boją się porażek i błędów, są perfekcjonistami. Takie osoby są niesamowicie ambitne i mają wobec siebie ponadprzeciętne wymagania, niemożliwe do spełnienia. Często są kontrolujące i mające potrzebę posiadania władzy nad innymi. W pracoholizm zdecydowanie częściej wpadają Ci, którzy mieli trudne dzieciństwo i dorastali w rodzinie dysfunkcyjnej. Jeśli w domu nie mówiło się o problemach, uczyło się dziecko tłumienia uczuć, to w dorosłości będzie większa szansa, że ucieknie ono w uzależnienie.. Warunki do rozwinięcia się pracoholizmu to także premiowanie osiągnięć dziecka, a nie tego, jakie jest. To sprzyja wejściu w mechanizm gratyfikacji za to, co robię, a nie za to, kim jestem. – dodaje Kinga Ślużyńska.

Slow life na co dzień

Kiedy ktoś proponuje nam byśmy zwolnili, odpoczęli, przez chwilę nie robili nic, często myślimy, że to nudne. Dziś każdy z nas jest żądny wrażeń, potrzebujemy coraz silniejszych bodźców, by cokolwiek wpadło nam w oko, przykuło naszą uwagę i zainteresowało na chwilę… Dlatego siedzenie w fotelu z książką wydaje się zwyczajnie nieatrakcyjne. – Prawdziwy relaks nie jest nudny, jest frajdą. Pozytywne lenistwo to taki moment, w którym ładujemy akumulatory po to, żeby później mieć siłę na pracę i inne obowiązki. Rytm aktywności i zatrzymywania się sprzyja równowadze życiowej. Jeśli dla kogoś takie całkowite tzw. nicnierobienie jest nie do wytrzymania to nie należy się zmuszać. Jest ono ważne, bo to czas kiedy jesteśmy sami ze sobą, mamy chwilę na refleksję. Jeśli ktoś się nie potrafi w ten sposób wyhamować to ważne, żeby próbował dojść do tego jakkolwiek. Taka chwila nie musi być bezruchem, to może być zwolnienie tempa. Warto znaleźć sobie ciekawe rozwijające zajęcia, które będą dotyczyły innych niż praca sfer życia. Ważne, żeby to były zajęcia, w których będziemy mogli więcej być i czuć. Coś, w czym wrzucimy na luz i nie będzie chodziło o zdobywanie jakiegoś celu. Relaks polega na cieszeniu się i rozkoszowaniu tym, co się dzieje tu i teraz. – mówi Kinga Ślużyńska.

Zwalnianie tempa życia rzadko jest radykalnym procesem, jest raczej rozłożone w czasie. Chyba, że znajdziemy się pod tak zwaną ścianą i nasz wycieńczony organizm będzie do nas wołał „stop!”. Jednak zanim tak się stanie możemy zrobić wiele, by nasze życie przestało być gonitwą: – Na początek warto zweryfikować, co mamy wpisane do kalendarza i zastanowić się, czy każde z tych zadań jest na pewno konieczne, czy to są na pewno nasze cele, a nie czyjeś wymagania i czy jest wśród nich coś, co możemy sobie odpuścić. Warto z niektórych obowiązków po prostu zrezygnować i w ich miejsce wpisać do kalendarza „odpoczynek”. Zwalniając tempo warto się zastanowić, czego chcemy od życia i czy to, co aktualnie robimy doprowadzi nas do ważnego dla nas celu. Takie przemyślenia powinny mieć mniej uniwersalny, a bardziej osobisty sens. Warto też pamiętać, że można mieć w życiu wszystko, ale nie wszystko w jednym czasie. – dodaje Kinga Ślużyńska.

Kieruj się wewnętrznym kompasem

Życie „na wysokich obrotach” może skończyć się tragicznie. Oprócz symptomów przepracowania, takich jak ogromne zmęczenie, bóle głowy, żołądka, bóle w klatce piersiowej, nudności, trudności ze snem, kłopoty z koncentracją, częste zmiany nastrojów, może dojść do zaburzeń nerwicowych oraz lękowych, zaburzeń seksualnych, a nawet utraty przytomności, zawału, czy śmierci. Ponadto skutki poświęcania się wyłącznie pracy sięgają także strefy emocji – psują się relacje z rodziną, rozpadają się małżeństwa…

Jeśli chcemy żyć godnie i mamy na utrzymaniu rodzinę to z pewnością nie da się zrezygnować z pracy. Jednak warto wiedzieć, jak się nie „wkręcić”, by nie stracić tych, dla których tak się staramy: – Ważny jest nasz osobisty wewnętrzny kompas. Cały czas powinniśmy mieć na uwadze czego chcemy w życiu zawodowym i osobistym. To, co może nas wspierać w drodze do wyznaczonych celów to też oparcie w sobie samym, czyli radzenie sobie z emocjami, umiejętność komunikacji z samym sobą oraz z innymi. To powoduje, że łatwiej zauważymy, kiedy przekroczymy granicę przepracowania albo kiedy ulegniemy zewnętrznej presji. Jeśli komuś daje szczęście osiąganie kolejnych szczebelków i odbywa się to dużym kosztem, warto zatrzymać się na chwilę i zastanowić się, po co nam to? Czy przypadkiem przed czymś nie uciekamy… albo próbujemy coś sobie udowodnić? Musimy wiedzieć, czy gdzieś jest koniec tych szczebelków, czy kiedykolwiek poczujemy, że osiągnęliśmy wystarczająco dużo, by wreszcie być z siebie zadowolonymi, gdzie jest nasze poczucie spełnienia? A może to już gonitwa dla gonitwy, która przypomina psa biegającego za własnym ogonem…? Z pewnością nadmierna potrzeba ciągłych osiągnięć ma połączenie z samooceną – chcemy sobie udowodnić, że skoro robimy tyle rzeczy, to znaczy, że jesteśmy wiele warci. To, co robimy jest ważne, ale nie tak bardzo jak to, jacy jesteśmy, jakie mamy relacje z innymi ludźmi i z samym sobą. To właśnie ten obszar życiowy może przynieść spełnienie, a nie odhaczanie w kalendarzu kolejnych zadań. – podsumowuje Kinga Ślużyńska.

Autor: Ewa Bukowiecka

Kinga  Ślużyńska – life coach, psycholog, trener. Specjalizuje się we wspieraniu wzmacniania poczucia własnej wartości, w budowaniu bliskich i satysfakcjonujących relacji oraz tworzeniu równowagi pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym. Pomaga radzić sobie ze zmianami i trudnościami życiowymi. Prowadzi coaching indywidualny, pomoc psychologiczną, grupy wsparcia oraz warsztaty rozwoju osobistego. Więcej na stronie http://kingasluzynska.pl.

Źródła:
Carl Honore, „Pochwała powolności”
fot. iStock

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *