Nie jadają lunchu ze znajomymi, nie przynoszą ze sobą drugiego śniadania do szkoły, a na randkę wolą wybrać się do parku niż do pizzerii. Gustują w obszernych swetrach i bluzach, najlepiej z wyciągniętymi rękawami. Pozornie takie, jak większość dziewcząt,  może trochę bardziej pulchne, mniej atrakcyjne. Ciche, wyalienowane, inne. Kim są bulimiczki?

Gorsza siostra anoreksji?

Zaburzenia łaknienia na podłożu psychogennym są aktualnie jednymi z najbardziej powszechnych schorzeń psychicznych związanych z przemianami kulturowo-społecznymi ostatnich kilku dekad. Jednoznaczna klasyfikacja wydaje się być problematyczna, jako że poszczególne choroby charakteryzują się zbliżonymi obrazami klinicznymi. Wyróżnia się jednak trzy podstawowe jednostki chorobowe związane z zaburzeniami odżywiania na tle psychicznym. Symptomatyczna dla anoreksji, zwanej także jadłowstrętem psychicznym, jest przede wszystkim niechęć do jedzenia, wynikającą z nieustannego dążenia do idealnej figury poprzez drastyczne ograniczanie spożywanych posiłków. Wiele osób traktuje tę przypadłość nie jako chorobę, ale styl życia – zwolenniczki „pędu ku doskonałości” zrzeszają się pod nazwą „Pro-ana” lub „porcelanowe motyle”. Wychudzone dziewczyny nie widzą jednak problemu, jakim jest pożerająca je obsesja na punkcie niejedzenia i powracająca jak bumerang myśl (która stała się zresztą naczelnym „przykazaniem” dekalogu Pro-ana), że „jeśli nie jesteś szczupła, to znaczy, że nie jesteś atrakcyjna”.

Na drugim biegunie znajduje się zespół kompulsywnego objadania się – w przeciwieństwie do anorektyczek, chorzy na binge eating disorder (BED) doświadczają niekontrolowanych ataków żarłoczności. Napady obżarstwa i związane z tym pochłanianie dużej ilości jedzenia mają stanowić formę odreagowania stresu, napięcia, zawodu związanego z życiowymi niepowodzeniami (jak chociażby kolejna nieudana dieta). Często też kompulsywne jedzenie ma związek z „odpracowywaniem” przeżytej w dzieciństwie traumy bądź też staje się sposobem na odreagowanie konfliktów rodzinnych i niezadowolenia z wyglądu własnego ciała.         

Bulimia nervosa, nazywana potocznie wilczym bądź byczym głodem, bliska jest kompulsywnemu jedzeniu, a przez laików często mylona jest z anoreksją. Podobnie jak w przypadku chorych na BED, bulimiczki odreagowują negatywne emocje poprzez napadowe objadanie się, jednak po ataku obżarstwa występują u nich charakterystyczne zachowania kompensacyjne, takie jak prowokowanie wymiotów, zażywanie środków przeczyszczających lub forsowne ćwiczenia i diety. Chorych na anoreksję i bulimię łączy zaś niezadowolenie z własnego wyglądu, obsesja na punkcie jedzenia oraz niskie poczucie własnej wartości. Mimo, że choroby te wydają się być podobne, to jednak istnieją między nimi zasadnicze różnice. Anoreksja jest tzw. „unikaniem pierwotnym” – poprzez odmowę jedzenia chory stara się zabezpieczyć przed stresem i negatywnym myśleniem, które mogłyby się pojawić po spożyciu posiłku w związku ze strachem przed przytyciem. Bulimia określana jest zaś jako „unikanie wtórne” – zajadanie negatywnych emocji skutkuje bowiem ich spotęgowaniem – jedyną możliwością na ich zablokowanie jest „oczyszczenie się”.

Zajeść siebie

Bulimia to błędne koło – rozgoryczenie związane z nieadekwatnym do wyobrażenia rzeczywistym wyglądem własnego ciała, wywołuje stany depresyjne i znacznie zaniża poczucie własnej wartości. Ucieczką staje się objadanie się – do pełna, do bólu, czasami nawet do utraty przytomności. Wymioty, które bulimiczka sama wywołuje, wkładając w gardło palce, a gdy to nie wystarcza – całą rękę, przynoszą jedynie chwilową ulgę. Wyrzuty sumienia i dręcząca myśl, że „znów to zrobiłam”, sprawiają, że bulimiczka znów powraca do punktu wyjściowego – coraz bardziej pogłębiającego się braku akceptacji samej siebie, uczucia, które jedynie można „zajeść”, by choć na chwilę się od niego wyzwolić.

Bulimia jak każdy nałóg

W bulimię nie zawsze popadają osoby, które mają problem z własną cielesnością, jak ma to zazwyczaj miejsce w przypadku anorektyczek. Często są to samotne dziewczyny, odczuwające strach przed otoczeniem, nie potrafiące wypełnić wszechogarniającej pustki codziennego życia. Podobnie jak alkoholik sięga po butelkę, tak one uciekają w kompulsywne objadanie się. I tak samo silnie i szybko się uzależniają. Czynniki odpowiedzialne za powolne rodzenie się choroby są bliskie przyczynom każdego nałogu. Wiążą się często z trudną sytuacją w rodzinie – niemożnością okazywania uczuć przez rodziców bądź brakiem zainteresowania z ich strony. Silny wpływ wywierają także uwarunkowania społeczno-kulturowe, bowiem sposób, w jaki kreowana jest współczesna rzeczywistość, zdominowana przez „pięknych i szczupłych ludzi sukcesu”, sprawia, że osoby poniekąd „słabsze” czują się niedowartościowane i gorsze. Uzależnienie staje się więc ucieczką w świat iluzji, gdzie „moje ja czuje się dobrze, czuje się bezpiecznie”. Bulimiczka kreuje więc swój własny świat, który jako jedyny daje jej poczucie pewności – w nim niczego nie musi się obawiać i staje się on swego rodzaju azylem.

Odurzający rytuał

„Palec w gardle bulimiczki ma moc bliską stwórcy” – pisze Marta Podgórnik w wierszu „Sacrum bulimiczne”. Wers ten zdaje się bardzo trafnie odnosić do rytualizacji, jakiej poddawany jest sam przebieg ataku, a także namaszczeniu, z jakim bulimiczka podchodzi do jej „świętej choroby”.


 

Cały proces staje się bowiem swoistym obrzędem – najpierw pojawia się trudna do zdefiniowania „aura”, zwiastująca nieodwołalny i rychły napad. Bulimiczka długo trzymana „na głodzie” potrafi wpaść w szał – je wszystko, co wpadnie jej w ręce, niezależnie od tego, czy jest to zdatne do spożycia. Czasami, nie mogąc powstrzymać ssącej od wewnątrz potrzeby „zajedzenia”, wchodzi do sklepu i po kryjomu wyjada z półek towar – wstyd by jej bowiem było kupić całą masę jedzenia wyłącznie dla siebie. Innym razem z namaszczeniem układa jadłospis: najpierw przystawka – sycące jabłka lub krwisto czerwone buraki, dzięki którym, w trakcie wymiotów, łatwiej będzie wyczuć moment zwiastujący zbliżający się „koniec”. Danie główne – zupki z paczki na twardo lub na miękko, na wpół ugotowany makaron, gulasz wyjadany palcami, przedwczorajsza pizza, zapita dwoma litrami kompotu. A na koniec deser – dużo budyniu (może być prosto z paczki, nie szkodzi) i ciasta czekoladowego (nieważne, że z zeszłotygodniowych imienin babci). Bulimiczka może teraz celebrować – jest sama, więc powoli i z namaszczeniem wkłada kolejne kawałki jedzenia do ust. Ośrodek sytości i głodu nie ma tu właściwie nic do „powiedzenia” – komunikacja między podwzgórzem (częścią mózgu, odpowiedzialną za kontrolowanie głodu) a żołądkiem jest u bulimiczek zaburzona do tego stopnia, że podczas jednej „uczty” potrafi ona pochłonąć nawet do kilkunastu tysięcy kalorii, wciąż nie mogąc odczuć zaspokojenia i satysfakcji.

Z siatką w ustach

A potem? Potem pojawia się niepokój – czy uda jej się wyrzucić z siebie wszystko, do ostatniej kalorii, co pochłonęła? Rytuał musi zostać dopełniony – bulimiczka klęka więc przed sedesem i składa ofiarę – palcem, pięścią, siatką, szczoteczką do zębów. Wymiociny ściekają jej po brodzie, oblepiają dłonie, lecą nosem. Czasem zakrztusi się na wpół strawionym kawałkiem jabłka, ale przynajmniej wie, że zbliża się koniec i tak długo wyczekiwana ulga. Nawet piekący ból gardła i poranione grzbiety dłoni nie są w stanie przeszkodzić jej w rozkoszowaniu się błogostanem, jaki odczuwa po dopełnieniu „obrzędu”.

Mimo, iż powyższy scenariusz bardzo często staje się udziałem osób chorych na bulimię, to mitem jest przeświadczenie, że bulimiczka to tylko i wyłącznie osoba, która po kompulsywnym „objedzeniu się” prowokuje wymioty. Wyróżnia się bowiem dwa typy „byczego głodu”: przeczyszczający, gdzie zachowaniem kompensacyjnym wobec epizodów obżarstwa staje się wywoływanie torsji, oraz nieprzeczyszczający, polegający na tłumieniu występujących po ataku wyrzutów sumienia poprzez stosowanie wykańczających głodówek. Przyczyna jednak praktycznie zawsze sprowadza się do tego samego: potrzeby zadośćuczynienia za „żarłoczny gwałt” dokonany na własnym ciele.

Pod osłoną nocy

Anorektyczka mogła by się poczuć obrzydzona zachowaniem swej „gorszej siostry”. Cała filozofia „motylków” (jakim to mianem określają siebie anorektyczki, należące do ruchu Pro-Ana) mieści się bowiem w ścisłej samokontroli – rygorystycznie przestrzeganej diecie, forsowaniu nadludzkich ćwiczeń, karmieniu się tzw. thinspirations – fotografiami wychudzonych modelek czy koleżanek, którym „się udało”. Bulimiczki nie potrafią zapanować nad napadami „obżarstwa” – nie bez przyczyny bulimia nazywana jest „żarłocznością psychiczną”, podczas gdy anoreksję określa się jako „jadłowstręt psychiczny”. Motylki są lekkie, chude, zwiewne i „piękne” – perfekcyjne, jak określają siebie wyznawczynie Pro-any. Bulimiczka jest jak ćma – podobna, a jednak gorsza, brzydsza, mniej atrakcyjna. Chowa się przed światem, woli spędzać czas w ukryciu, pod osłoną „nocy”. Można by też rzec – ćma barowa, jako że bulimiczki wykazują silne tendencje do popadania w uzależnienie od alkoholu, który daje im podobne uczucie ulgi i odprężenia, co wymioty po przejedzeniu. W obszernym ubraniu ukrywa zarówno obrzmiałe od torsji ciało, jak i poranione od zębów dłonie. Nie marzy o perfekcji, sukcesie, karierze – woli kamuflaż i tkwienie w odosobnieniu, w którym może swobodnie, wciąż na nowo, odkrywać uczucie ulgi.

Dwulicowa przyjaciółka

Bulimia jest fałszywą i zdradziecką przyjaciółką – bardzo się przywiązuje i silnie uzależnia, jest pociągająca, gdyż daje fantastyczne odprężenie. Uwodzi marzeniami o idealnej figurze – bez wyrzeczeń i poświęcenia. Jej drugie oblicze jest jednak okrutne – bulimiczka swą zażyłość z chorobą często przepłaca groźnymi powikłaniami zdrowotnymi, zarówno natury fizycznej (zakłócenia pracy serca, uszkodzenia przełyku i żołądka, hipokaliemia), jak i psychicznej (depresja, myśli samobójcze, autoagresja, popadanie w inne uzależnienia). Nie potrafiąc wyzwolić się z „ćmiego” kokonu, porzucając kolejno podejmowane terapie, bez nadziei na wyrwanie się z „błędnego koła” kompulsywnego jedzenia, bulimiczka latami tkwi w tym toksycznym związku, nie wiedząc nawet, czy w rzeczywistości sama chce w ogóle rozstać się z – przecież tak bardzo kochaną – Bulimią.

***

Refleksja po lekturze tekstu może jawić się w dość pesymistycznym świetle. Nie jest jednak tak, że z bulimią „nie można zerwać”. Wielu chorym udaje się wyjść z choroby. Możliwości jest wiele: od psychoterapii, m.in. terapii behawioralno-poznawczej (polegającej na zmienianiu podejścia pacjenta do własnego ciała poprzez eliminowanie złych nawyków związanych z jedzeniem); terapii interpersonalnej (zmierzania się z własnymi emocjami, niewypowiedzianymi uczuciami, etc.) oraz terapii rodzinnej (przepracowywania trudności i konfliktów, występujących w relacjach pomiędzy członkami rodziny); przez farmakoterapię – zastosowanie leków na bazie fluoksetyny (selektywnego inhibitora wychwytu zwrotnego serotoniny), wspomagających deficyt serotoniny, czyli neuroprzekaźnika odpowiedzialnego za regulowanie apetytu i nastroju; po uczęszczanie na mityngi grupowe Wspólnoty Anonimowych Żarłoków.

Opisane w tekście historie są oparte na autentycznych relacjach osób borykających się z problemem bulimii.

Autor: Zuza Lewandowska

Konsultacja merytoryczna: Bogusław Włodawiec
fot. iStock

Komentarze

ek2014-04-11 04:17:28

Kochani...wygląd to nie wszystko...ważne jest to w środku...i to jest piękne...ja straciłam syna, który miał 21 lat mega przystojny..zadbany, inteligentny, uczciwy..ale bezgranicznie zakochany w dziewczynie...i dla niej odebrał sobie życie...zdradził ją i nie mógł sobie tego wybaczyć..ja mimo 8 lat po tragedii czuję pustkę..ale wybaczyłam, bo to wielki człowiek, mimo to ,że bardzo nas zranił odchodząc..młodzi ludzie--,są ważniejsze sprawy w życiu od wyglądu..jest tyle rzeczy do zrobienia...trzymam za Was kciuki i ogarnijcie się...Starajcie się ze wszystkich sił być sobą ..nie zwracajcie uwagi na piękne modelki, bo one tez bywaja nieszczęśliwe...świat kocha ludzi normalnych, pięknych wewnętrznie..udawanie nie jest dobra metodą...bardzo Wam współczuję, ale nie dajcie się zwieść głupiej modzie lub innym ciekawostkom nowego świata..bądźcie sobą..jedzcie kiedy organizm tego potrzebuje, bo to On jest naszym przewodnikiem...tak myślę..pozdrawiam cieplutko..-;)

M.2014-04-10 13:06:51

I jeszcze jedno: nie czuje sie zadna "nieaktywna bulimiczka" - nie mam juz problemu z jedzeniem, ktory na zawsze na ogol zostaje alkoholikom z alkoholem. Jednym z najpiekniejszych momentow zycia byl ten, kiedy w koncu zrozumialam, w ktorym momencie sie najadam. Wczesniej nie znalam tego uczucia, nigdy nie czulam sie najedzona. I ten, kiedy zrozumialam, jaka jest frajda ze smakowania jedzenie, przygotowywania jedzenia, rozmawiania o jedzeniu, dzielenia sie jedzeniem, jedzenia w towarzystwie, leczenia wlasnego organizmu odpowiednim zdrowym jedzeniem... Mozna wyjsc z piekla bulimii i nie bac sie zupelnie, ze ono jeszcze kiedys wroci. Pozdrawiam i zycze wszystkim zmagajacym sie powodzenia!

M.2014-04-10 13:00:43

Mialam bulimie przez 6 lat, do polowy studiow. Od tego czasu minelo juz 14 lat, wiec chyba juz nie wroci... Pozegnalam sie z nia bez psychoterapii, po prostu ktoregos dnia przestala mi byc potrzebna... Pomogla mi ksiazka Przebudzenie Anthony'ego de Mello, tam bylo cos o tym, ze zmiana nie moze przyjsc wczesniej niz w odpowiednim momencie. A ja tak bardzo sie staralam ja przyspieszyc... Wtedy odpuscilam, odpuscilam sobie, przestalam chciec na sile schudnac, nie wymiotowac, uznalam, ze stanie sie to wtedy, kiedy ma sie stac. A potem stopniowo zaczelam nawiazywac kontakt z ojcem, ktorego nie znalam. I stalo sie tak, jak po latach przeczytalam u Hellingera: "Bulimia jest wtedy, kiedy nie mozna brac od ojca". Po prostu ktoregos dnia poszlam do lazienki zwymiotowac, i juz nie moglam. Poczulam blokade, moje cialo juz nie chcialo sobie szkodzic. I to byl koniec bulimii.

Nadine2014-01-14 19:00:34

Jakbym czytała o sobie...Jednak wciąż temu zaprzeczam...już 10 rok...

Amelka2014-01-13 14:01:39

Każde zdanie mówi o mnie... To takie przerażające a zarazem takie cudowne kiedy można zrobić to znowu. Tak ciężko udawacz przed innymi, przed chłopakiem a jednocześnie... chciałabym napisać, że nie mogę, ale bardziej pasuje tu - nie chcę z tym skończyć. Anoreksja - 4 lata, bulimia - 1 rok, 2 nieudane podejścia do terapii, farmakologii... Najgorsze jest to, że mam wszystko! Kochających rodziców, cudownego chłopaka, fajne studia. Nie mam wytłumaczenia. A jednak. Robię to dalej. Bo to prostsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *