„Znów patrzymy nie tam, gdzie trzeba. (…) My-dorośli koncentrujemy się na tym, ile zażywamy, co bierzemy, na którym jesteśmy miejscu w Europie… Z jednej strony uczymy mądrości, czytania, interesowania się, jednocześnie nie dając wystarczająco dużo uwagi i zrozumienia, a z drugiej dziwimy się, kiedy dzieciak bierze opakowanie, patrzy co dany lek zawiera i kombinuje z tego narkotyk. Nie uczymy, jak żyć i jak z tego życia konstruktywnie korzystać. Inwestowałbym w człowieka, który jest mądry, świadomy i który wybierając i decydując o sobie potrafi odróżniać dobro od zła. To jest dla mnie profilaktyka.” – o współczesnych uzależnieniach dzieci i młodzieży, skutecznej profilaktyce i roli osób dorosłych w świecie młodych ludzi rozmawialiśmy ze Zbigniewem Michalczykiem, kierownikiem Ośrodka Rehabilitacji Uzależnień i Podwójnej Diagnozy Dla Dzieci i Młodzieży w Zagórzu.

Ewa Bukowiecka: Czym się różni uzależnienie dziecka od uzależnienia osoby dorosłej?

Zbigniew Michalczyk: Osobiście widzę dużo różnic. Przede wszystkim dojrzewający młody człowiek może wejść w uzależnienie w wyniku normalnych procesów rozwojowych. My dorośli, zarówno rodzice, jak i nauczyciele, często sami się do tego przyczyniamy – stygmatyzujemy nastolatków, mówiąc: „jesteś zły, źle zrobiłeś”, kiedy okazuje się, że np. sięgnął po alkohol lub narkotyki. Wtedy dziecko zaczyna wierzyć, że dorośli mają rację – jest niedobrym człowiekiem. Młodzież w wieku 13-15 lat poznaje siebie, zaczyna odczytywać sygnały z własnego organizmu i w ten sposób uczy się siebie. Czy 13-letnie dziecko wie, ile piw może wypić? Nie. I aby się tego dowiedzieć po prostu pije. Człowiek nabywa wiedzę o sobie, kiedy dorasta.

E.B.: Poza tym dzieci porównują się do rówieśników.

Z.M.: Zgadza się. Tego, czy podobają się dziewczynom chłopcy dowiadują się mniej więcej w wieku 13 -14 lat i dzieje się to na zasadzie porównania – do jednego dziewczyny uśmiechają się często, do innego rzadziej. Dlatego tak ważna jest grupa rówieśnicza – bez niej nie ma dostępu do części informacji o sobie. Kiedy zabierzemy młodemu człowiekowi grupę rówieśników, to w pewnym sensie przestanie się on rozwijać. Tworzenie konstruktywnej grupy rówieśniczej to jedna z metod terapeutycznych, którą stosujemy w naszym ośrodku. Nazywamy ją korekcyjną społecznością. To, co różnicuje uzależnienie dzieci a uzależnienie osób dorosłych to również wpływ substancji na organizm, czyli czynniki biologiczne. Substancja chemiczna inaczej działa na rozwinięty organizm, a inaczej na młody, który dopiero się kształtuje. Różnica ta przekłada się również na myślenie o efektywności terapii. Kiedy młody człowiek nie używa żadnych substancji przez miesiąc, kilka miesięcy, to już możemy mówić o sukcesie. Każdy miesiąc życia nastolatka w abstynencji przekłada się na konstruktywniejszy rozwój w obszarze biologicznym, społecznym, psychologicznym.

E.B.: Pewnie ma też znaczenie czas zażywania substancji?

Z.M.: Oczywiście, jeżeli zaczynamy leczyć 15-latka to jego historia używania ma prawdopodobnie 2, maksymalnie 3, lata. Praca z adolescentami wymaga na pewno innych metod niż w przypadku osób dorosłych. W moim przekonaniu praca z dzieckiem nie jest możliwa bez pracy z jego rodziną, ponieważ nastolatek przez wiele następnych lat będzie skazany na życie w strukturach rodzinnych i będzie w zasięgu oddziaływania rodziców, choćby w obszarze prawnym i ekonomicznym.

E.B.: Jakich jeszcze metod terapeutycznych używa się w stosunku do dzieci?

Z.M.: Terapia w naszym ośrodku trwa do 12 miesięcy i jest podzielona na 4 etapy. Oczywiście wymogi są indywidualnie dostrojone do każdego pacjenta. Do pracy z adolescentami używamy głównie trzech metod. Pierwszą jest konstruktywna grupa rówieśnicza – poprzez to, co się w niej dzieje młody człowiek ulega presji konstruktywnych oddziaływań. Druga metoda to terapia poznawczo-behawioralna. Wierzymy, że bardzo ważne jest to, co człowiek o sobie myśli, i że często może być obciążony destrukcyjnymi przekonaniami na swój temat. Ponadto, część pacjentów ma drugie rozpoznanie, czyli oprócz uzależnienia – chorobę psychiczną. W terapii tych pacjentów wdrażamy farmakoterapię – stosujemy neuroleptyki, stabilizatory nastroju i leki antydepresyjne. Bardzo ważne jest to, że w ramach naszego ośrodka działa także przyszpitalna szkoła na poziomie podstawowym, gimnazjum i liceum. Nasi pacjenci obowiązkowo do niej uczęszczają. Uważamy, że 15-latek powinien funkcjonować przede wszystkim w obszarze dwóch fundamentalnych ról – dziecka i ucznia, dlatego pracujemy z rodziną i zapewniamy edukację. Brak tych czynników wydaje mi się być sprzeczny z naturalnym w tym okresie życia rozwojem człowieka.


 E.B.: Z jakimi substancjami jest obecnie największy problem?

Z.M.: Kiedy w 1998 roku zaczynaliśmy w naszym ośrodku pracę z młodzieżą to 80 proc. z nich było uzależnionych od heroiny, głównie palonej. Później – mniej więcej do 2005 roku – najczęściej trafiali do nas pacjenci uzależnieni od stymulantów, wówczas była to głównie amfetamina. Natomiast lata 2005 – 2013 to okres rożnych psychostymulatorów, czyli dopalaczy, ecstasy, mefedronu. Jeśli dziś miałbym wskazać na substancję z grupy stymulatorów, po którą młodzi sięgają najczęściej, to byłyby to mefedron, który jeszcze do 2010 r. był dostępny w sklepach ogrodniczych jako nawóz do kwiatów. Można było kupić każdą jego ilość. Teraz – tak, jak inne narkotyki – jest sprzedawany nielegalnie. Jednak te wszystkie substancje nie są substancjami wiodącymi. Młodzież najczęściej wybiera alkohol i marihuanę. Gdybym miał ogólnie określić, od czego są uzależnieni nasi dzisiejsi pacjenci, to wskazałbym na marihuanę łączoną z alkoholem oraz leki, które częściej zażywają dziewczęta.

E.B.: Na forum talk.hyperreal.info, gdzie osoby zażywające narkotyki dzielą się swoimi doświadczeniami, jest sonda, która przedstawia wiek pierwszego kontaktu z narkotykami. Okazuje się, że zdecydowana większość deklaruje, że pierwszy raz spróbowała narkotyku między 13. a 17. rokiem życia. Jak to możliwe, że wielu z nich jest uzależnionych już w wieku 13 czy 14 lat…?

Z.M.: Młodzi ludzie, którzy do nas trafiają, swoją pierwszą inicjację mają za sobą o wiele wcześniej, jeszcze przed 10. rokiem życia. Mam na myśli naszych pacjentów, czyli ok. 80 osób rocznie przyjmowanych do ośrodka i ok. 300 pacjentów z poradni, gdzie odbywa się leczenie ambulatoryjne. To jest łącznie ok. 400 osób i jeżeli pomnożymy to przez – powiedzmy – 10 lat to mamy ok. 4000 pacjentów. Jeśli miałbym zaryzykować uogólnienie, to do 7. roku życia pojawiają się pierwsze symptomy uzależnień behawioralnych (np. PSP, telefon komórkowy, komputer), między 7. a 10. rokiem życia dochodzi do inicjacji z alkoholem, w wieku 9-12 lat eksperymentuje się z papierosami, a w wieku 12-13 lat sięga się po inne substancje psychoaktywne, np. wziewne, które zmieniają świadomość, leki, marihuanę i inne substancje chemiczne. 90 proc. naszych 13-14-letnich pacjentów jest już po inicjacji narkotykowej i to nie była pierwsza substancja po jaką sięgnęli.

E.B.: Dlaczego Pana zdaniem tak małe dzieci sięgają po używki?

Z.M.: Powody są wielowymiarowe i złożone. Dziś inaczej przebiega rozwój psychospołeczny człowieka. Np. 13-letnia dziewczynka wygląda i funkcjonuje inaczej niż 20 lat temu funkcjonowała i wyglądała jej rówieśniczka. Obniżył się wiek inicjacji seksualnej i narkotykowej. Kiedyś wczesna adolescencja zaczynała się od 13. roku życia, a dziś 13 lat to wiek, w którym dorastanie jest już często zaawansowane.

E.B.: A media, moda, presja rówieśnicza?

Z.M.: Na pewno te czynniki też mają wpływ. Świat zmierza w stronę konsumpcji i rywalizacji, tak w szkole, jak i w pracy, bo miejsc pracy jest coraz mniej. Młodzi ludzie częściej też przyjmują hedonistyczne podejście do życia. Media natomiast to wspierają, ponieważ ich zadaniem jest spełnianie oczekiwań społeczeństwa. Nie wiem, które czynniki są wtórne, a które pierwotne. Na pewno można stwierdzić, że media dużo uwagi kierują na destrukcyjne aspekty życia społecznego. Podobnie jest w szkołach – np. rada pedagogiczna mówi głównie o uczniach sprawiających trudności, dostrzega i chwali uczniów wybitnych, a zbyt mało uwagi poświęca uczniom spokojnym, przeciętnym, którzy stanowią zdecydowaną większość.

E.B.: W porządku, ale pojawiają się nowe substancje i coraz bardziej cyniczne postawy dilerów… Czy sytuacja z dopalaczami nie wydaje się panu wyjątkowo bulwersująca? Na pewno Pan wie, że przez Internet można sobie zamówić narkotyki pod przykrywką talizmanów na demony…

Z.M.: Dla osoby, która ma 60 lat szokujące i nie do pomyślenia jest samo mówienie o marihuanie, a dla 20-latka to norma. Dlaczego tak się dzieje? Bo kiedy dzisiejsi 60-latkowie byli młodzi tematu marihuany jeszcze nie było i dlatego teraz wzbudza ona taki lęk. Ale był za to alkohol! I nikt się nie zastanawia nad tym, że na każdym rogu, o każdej porze, można kupić wódkę. Alkohol produkowało się zawsze i nigdy nie było to bulwersujące. Państwo na to pozwala, dorośli też, wszyscy jesteśmy świadkami tego, jak młodzi ludzie się upijają, i to akceptujemy. Bo to alkohol… Podobnie jest z papierosami. Robienie wokół dopalaczy czegoś szczególnego jest dla mnie niezrozumiałe. Dlaczego mówimy o dopalaczach, które są marginalnym problemem, a nie mówimy np. o alkoholu, który wśród dzieci i młodzieży jest powszechny? Jeżeli wczytamy się w raport WHO np. z 2011 r. to zobaczymy, że na pierwszym miejscu jeśli chodzi o przyczyny zgonów i chorób na całym świecie, znajduje się nikotyna, a na trzecim alkohol. I dlatego nie rozumiem, dlaczego jedne substancje akceptujemy i dajemy na nie przyzwolenie i nikt nie wygłasza na ich temat tak dramatycznych i krytycznych osądów, a dużo mówimy np. o dopalaczach? One będą i pewnie tego nie zmienimy, ale im więcej naszej uwagi idzie w stronę dopalaczy i innych tego typu substancji, które są marginalnym zjawiskiem jeśli chodzi o uzależnienia, tym bardziej nakręcamy zainteresowanie tematem. Oczywiście dopalacze to nic dobrego i powodują wiele dramatów ludzkich, jednak proporcje w moim przekonaniu nie są  właściwe.


 E.B.: Szum medialny to jedno, ale są też statystyki: z raportu EMCDDA wynika, że Polska zajmuje najwyższe miejsca w rankingach jeśli chodzi o zażywanie amfetaminy, ecstasy i konopi. Niedawno też resort zdrowia potwierdził, że ilość sprzedanych leków OTC, którymi odurzają się dzieciaki, w ciągu ostatniego roku wzrosła o 2 mln. Dlatego zastanawiam się, czy ulegamy iluzji medialnego rozdmuchiwania tematu dlatego, że więcej się mówi na ten temat i więcej jest nowych substancji, czy może jednak dzieje się coś niedobrego…?

Z.M.: Człowiek funkcjonuje w prosty sposób – to, o czym się mówi, zostaje w pamięci, a co my robimy w tej chwili? Rozmawiamy i koncentrujemy się na destrukcji. Nie rozmawiamy o tym, jakie działania profilaktyczne są skuteczne, nie mówimy o szczęściu, o partnerstwie, co w konsekwencji powoduje efekty, o których pani mówi. Dopóki my-dorośli będziemy kierowali tak wiele uwagi na negatywne kwestie, będziemy przykładać się do tego, że wyniki badań będą fatalne. To jest tak, jak z uczniem w szkole, o czym już wspominałem. Na radzie pedagogicznej mówi się o uczniach kłopotliwych. Ktoś kto jest spokojny czy przeciętny jest pomijany. Młody człowiek może przyjąć zatem założenie, że nie opłaca się być dobrym i spokojnym, jeżeli chce zaistnieć – „Jeśli chcę, żeby się o mnie mówiło to muszę narozrabiać”. Z jednej strony uczymy mądrości, czytania, interesowania się, nie dając wystarczająco dużo uwagi i zrozumienia, a z drugiej dziwimy się, kiedy dzieciak bierze opakowanie, patrzy co dany lek zawiera i kombinuje z tego narkotyk. W moim przekonaniu to jest proces nie do zahamowania, bo leków jest wszędzie pełno. To działa na tej samej zasadzie, jak inhalowanie się 20 lat temu butaprenem. Dzisiaj dzieciaki rezygnują z tych substancji na rzecz leków z apteki i uważam, że obłędem jest dyskusja wokół monitorowania tych leków – to niewykonalne! Znów patrzymy nie tam, gdzie trzeba. W każdej domowej kuchni i łazience jest co najmniej 20 różnych substancji, którymi można się odurzać… Inwestowałbym w człowieka, który jest mądry, świadomy i który wybierając i decydując o sobie potrafi odróżniać dobro od zła. To jest dla mnie profilaktyka. Poza tym wcale albo zbyt mało mówi się o fajnych, konstruktywnych młodych ludziach, którzy robią różne dobre rzeczy na rzecz przeciwdziałania uzależnieniom. My się koncertujemy na tym, ile zażywamy, co bierzemy, na którym jesteśmy miejscu w Europie… W mojej ocenie Polska i świat w 2013 r. proszą, aby młodzież zażywała coraz więcej. Oczywiście, niepodważalną prawdą jest to, że dostępność koreluje z popytem. Dlatego uważam, że im więcej substancji powodujących choroby, uzależnienia czy inne nieszczęścia i dramaty będzie ograniczona, tym popyt będzie mniejszy i dramatów będzie mniej. Jednak nie można bazować tylko na ograniczaniu i na restrykcyjnych działaniach, bo one same w sobie nie są efektywne – prohibicja w Stanach Zjednoczonych czy godzina 13.00 w PRL-u pokazują, że nie były to metody skuteczne, więc zabranianie i ograniczanie dostępności nie jest wystarczające. Osobiście nie jest policjantem ani pracownikiem sądu, ale jestem zaangażowany w działania profilaktyczne i wierzę, że one mogą pomóc. Jeżeli miałbym szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego dopalacze można tak łatwo zdobyć odpowiedziałbym: „Bo są na nie chętni”, i to tutaj widzę obszar do działań profilaktycznych. Trzeba ograniczać i utrudniać dostęp do narkotyków, ale trzeba też inwestować w ludzi tak, aby oni sami decydowali, że wolą np. zamówić pizzę niż pić alkohol. Obszary rozwoju, umiejętności społecznych i poczucia własnej wartości są moim zdaniem bardzo zaniedbane.

E.B.: Czyli jaka forma profilaktyki jest według Pana najbardziej potrzebna?

Z.M.: Dla mnie profilaktyka to bycie blisko człowieka, rozumienie jego potrzeb i sytuacji, rozumienie braku jego motywacji do różnych działań. Profilaktyka powinna dotyczyć realnego świata i uwzględniać czas i miejsce, w którym dzieje się rzeczywistość. Ciężko tu nie wspomnieć o szkołach, w których moim zdaniem system nauczania jest mało rozwojowy. W naszym kraju pomijamy aspekty psychorozwoju człowieka, a koncentrujemy się na zdobywaniu wiedzy. Wszyscy wiemy, że od podstawówki obowiązuje zasada trzech „Z” – „Zakuć, Zaliczyć, Zapomnieć”. Nie da się w nieskończoność dokładać zajęć, dlatego ograniczałbym system nauczania na rzecz rozwoju umiejętności psychospołecznych. Szkoła jest miejscem, w którym można się fantastycznie rozwijać – uczyć się rozwiązywania trudnych sytuacji, radzenia sobie z emocjami, asertywnej postawy, kiedy spotykamy się z presją destrukcyjnej grupy rówieśniczej. Nie uczymy, jak żyć i jak z tego życia konstruktywnie korzystać. Nie robimy tego, bo – po pierwsze – nie rozumiemy, jak to jest istotne, a po drugie często jesteśmy ludźmi, którzy też tego nie potrafią mimo swojej dorosłości. Dziś mnóstwo nauczycieli, pedagogów, terapeutów i lekarzy nie radzi sobie z własnymi emocjami i dlatego oceniają swoich podopiecznych i ich stygmatyzują. Dla mnie jest rzeczą niewyobrażalną, kiedy profesjonalista mówi do kogoś „narkoman” albo „alkoholik”. To jest krzywdzące etykietyzowanie. Podobnie jest z określeniem „ofiara przemocy”. Proszę sobie wyobrazić: kobieta bita przez męża przychodzi do psychologa i słyszy od niego, że jest ofiarą…

E.B.: O czym to świadczy?

Z.M.: O tym, że profesjonaliści nie rozumieją podstawowych rzeczy. I dopóki sami nie nabędą wystarczających kompetencji psychospołecznych to szanse, że cokolwiek się zmieni na lepsze w zakresie pomocy czy profilaktyki, są małe. Chodzi o poziom inteligencji emocjonalnej. Fundamentalnym pytaniem dla każdego terapeuty, psychologa czy pedagoga powinno być pytanie: „Czy ja kocham ludzi?”. Jeśli nie, wykształcenie traci znaczenie. Bo jak się może czuć nauczyciel czy terapeuta po 8 godzinach pracy wśród ludzi, których nie znosi? Musi odreagować. Miłość do ludzi jest fundamentem tej pracy, a ocenianie i etykietyzowanie nie jest przejawem tego uczucia.

E.B.: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Ewa Bukowiecka
fot. iStock


Zbigniew Michalczyk
– kierownik Ośrodka Rehabilitacji Uzależnień i Podwójnej Diagnozy Dla Dzieci i Młodzieży w Zagórzu w Mazowieckim Centrum Neuropsychiatrii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *