„We mnie dwóch siedzi: Dr Jekyll i Mr Hyde. Gdy nie piłem to gentleman, po alkoholu demon ze mnie wychodził. Podnosiłem rękę na córkę, moje usta raniły i tratowałem wszystko, co stało na mojej drodze. Alkoholizm to choroba, która bardzo upokarza. W tym dnie, w którym tkwimy, zaczyna się jednak alchemia i metafizyka. Bo wszystkim jest dane przestać pić. Niektórym za życia. Mnie było dane za życia. Wtedy rozpoczęła się moja najpiękniejsza przygoda – do wnętrza siebie.” – opowiada Ryszard, Alkoholik, który od 18 lat trzeźwieje.

Dorota Bąk: Którego zdarzenia z czasów picia wstydzi się Pan i żałuje najbardziej?

Ryszard, Alkoholik: Najbardziej boli mnie to, że zadałem ból bliźnim. Nie mamy prawa ranić siebie, ale przede wszystkim nie mamy prawa ranić innych. Ja zraniłem żonę i córkę. Byłem damskim bokserem – po pijanemu mocowałem się z żoną. Raniłem też słowem… stosowałem niesamowitą przemoc psychiczną. Dwa lata przed końcem mojego picia, podczas jednego z przyjęć, żona wyskoczyła z drugiego piętra. Chciała popełnić samobójstwo. Choć nigdy jej nie zdradziłem, wtedy zabawiałem inne kobiety, jak to po alkoholu… Ona poczuła się nieważna, niekochana, odsunięta na bok. I ta Myszka otworzyła okno i wyskoczyła na beton. Dziękuję Bogu, że nic jej się wtedy nie stało. Od tamtego momentu w jej życiu zaczęły zdarzać się cuda. Żona przekonała się wówczas, że życie otrzymujemy w darze i nie mamy wpływu ani na jego początek ani na koniec.

Żałuję też innego zdarzenia. Pamiętam jak nagi, bez majtek, obrzygany próbowałem wstać w łazience, podpierając się o 9-letnią córkę… Jej wzrok do tej pory pamiętam. Alkoholizm to jest choroba, która bardzo upokarza, zezwierzęca. Mało tego, upada się niżej niż zwierzę. One mają swoje zasady – kot robi w kąciku do kuwety, pies zakopuje. A ja załatwiałem się wszędzie.

Wstydzę się również choroby opętania. Alkoholizm to totalny amok. Proszę sobie wyobrazić: dyrektor znanego w naszej dzielnicy ośrodka biega nago po podwórku. Do tej pory wstydzę się też wydarzenia sprzed niemal 30 lat. Najkrótsze wesele, na którym byłem, to wesele mojego szwagra. Po pół godzinie znalazłem się pod stołem. Żona musiała mnie holować do domu. Tak więc żałuję najbardziej, że dałem żonie plamę. Nie ja, choroba, a jednak ja. Nie tak miało być. Kiedy byłem mały, ojciec czytał mi bajki… Tam król z królową zawsze żyli długo i szczęśliwie… A ja zafundowałem jej piekło. Ależ mnie Pani dotknęła tym pytaniem. Po raz pierwszy na nie odpowiadam.

D.B.: Poczuł Pan swoje dno?

Ryszard, Alkoholik: Ja miałem trzy dna. 18 lat temu, kiedy kończyłem 40-tkę, połowa naszej dzielnicy była pijana. Swoje 40. urodziny obchodziłem miesiąc przed i miesiąc po urodzinach. I raptem znalazłem się gdzieś w łóżku z facetami… To był mój pierwszy sygnał.

Drugi sygnał, i bardziej bolesny, to Kolska. Wróciłem do domu całkowicie pijany. Żona była już wtedy w terapii, więc dysponowała niezbędnymi narzędziami. I w trakcie domowej szamotaniny broniła dziecka, bo po pijanemu chciałem wychowywać córkę. Wezwała policję. Przyjechało czterech chłopców mundurowych i mnie zwinęli na Kolską. Znów zadałem sobie pytanie: „Taki gościówa, a na Kolskiej?”. Potem dałem żonie rachunek i mówię „Zapłać za ten hotel”. A ona na to: – O nie, za swoje konsekwencje będziesz odpowiadał sam”. Bo wiedziała już, jak się zachowywać wobec czynnego alkoholika.

Moje trzecie dno równie mocno mnie zabolało. Ja 30 lat pracuję w kulturze. Już wtedy spadłem z kierowniczego stanowiska, bo przez alkohol przeszedłem drogę zawodową na sam dół… Ówczesny burmistrz zaprosił mnie na przyjęcie czerwcowe. To było bodajże przywitanie lata. Była tam cała śmietanka towarzyska dzielnicy. No i był otwarty barek, szwedzki stół z alkoholem… Pamiętam, że około południa chciałem pobić tego burmistrza za poglądy polityczne. Ponownie przywiozła mnie straż miejska. Żona już wtedy była przyzwyczajona, że często w okolicy naszego domu pojawia się radiowóz. Niesamowity wstyd… I wtedy autentycznie się przestraszyłem, że stracę pracę. Następnego dnia poszedłem do niego z przeprosinami i kwiatami. Mówię: „Panie Burmistrzu, przepraszam. Zależy mi na tym, żeby przyjął Pan moje przeprosiny”. A on na to: „Panie Ryśku, nie ma problemu. Nie takie rzeczy w Pana wieku robiłem”. Tak więc znalazłem pełne przyzwolenie. On do tej pory nadużywa, a mnie się udało.

Te trzy rzeczy postawiły kropkę nad i. To wszystko działo się mniej więcej w tym samym czasie. Wcześniej prześlizgiwałem się, upadałem na cztery łapy. Jednak wtedy to wszystko zaczęło się zagęszczać. Do tego doszła też czwarta rzecz – zaczynały mi się stany depresyjne.

Wcześniej dostałem jeszcze jeden sygnał. W piwnicy pobliskiego domu kultury ćwiczył perkusista grający w znanym zespole. Dobrze się znaliśmy i wyjątkowo przyjaźniliśmy. Podczas jednej z imprez, gdzieś o czwartej nad ranem, zabrakło alkoholu. Usłyszałem, że on tam tłucze w te swoje bębny. Poszedłem i pytam, czy nie pojechałby ze mną do sklepu? Odpowiedział, „Jasne. Pojadę, zawiozę, a ty kupuj ile potrzebujesz, a ja ci kupię jeszcze skrzynkę”. Resztkami przebłysku pytam: „Dobry kumpel to nie powinien tak chętnie stawiać alkoholu”. A on na to: „Oj pij Rysiek, pij. Bo będzie z ciebie albo człowiek albo piórnik”. „A co to jest ten piórnik?” – pytam. A on na to: „Trumna”. To było mniej więcej rok przed końcem mojego picia. Po latach okazało się, że on już od kilku lat był w AA i chciał, żebym najszybciej to swoje dno poczuł. U mnie musiało dojść do ich spiętrzenia. To, że dziś nie piję, zawdzięczam żonie.

D.B.: Jak Pan ją poznał?

Ryszard, Alkoholik: Na pielgrzymce. To był rok 77’. Pochodzę z północnego Mazowsza, żona z Warszawy. Zawsze byłem blisko związany z kościołem. Z kumplami poszedłem na tę pielgrzymkę, żeby pozbyć się obaw i poprosić o dalszy ciąg życia. To ojciec naćpał mnie lękiem. Nigdy nie dał mi ani jednego ciepłego słowa. „Ja już cię nie będę bił. Życie cię nauczy! Dorosłe życie cię nauczy. Wojsko cię nauczy… Woda do uszu ci się naleje…” – wciąż od niego słyszałem.


 

Na tę samą pielgrzymkę wybrała się dziewczyna, aby pomodlić się o dobrego męża. Piękna kobieta, brunetka, inteligentna, do tego z pięknym wnętrzem. I tam się poznaliśmy. Potem przez dwa lata pisaliśmy do siebie i dzwoniliśmy. Mimo że pochodzimy z różnych środowisk i byliśmy inaczej wychowywani, rozkwitła miłość. Wzięliśmy ślub po dwóch latach. Dziś wiemy, że nasz ślub to była ucieczka z toksycznych domów. Za wcześnie się ożeniliśmy. Ja miałem 25 lat, ona 23. Nie byliśmy gotowi na małżeństwo. Uczono nas matematyki, fizyki, języka polskiego, ale nie pokazano nam jak żyć. Wzorce wyniesione z domu były wzorcami toksycznymi. Dla mnie obce były role syna, zięcia, męża, ojca, a nawet mężczyzny. Facet niedojrzały emocjonalnie pęka…

Rozpiłem się podczas małżeństwa. Intensywnie piłem 17 lat, od 23. roku życia. Wcześniej mi się to nie zdarzało. Jedną lampką wina wznosiłem toast z okazji zdanej matury. Po moim ślubie zaczęła się moda na życie towarzyskie i okazjonalne picie, ale jak dobrze policzyć, to w zasadzie co tydzień mogliśmy pić. Jestem alkoholikiem, który ani złotówki nie wydał na alkohol. A z moim piciem od zawsze było coś nie tak. Od samego początku miałem zerwane filmy. Inni potrafili bawić się na rauszu, ja musiałem napić się aż do dna. Zdarzało się też, że gdy w domu brakowało alkoholu piłem krople żołądkowe, aby poczuć kopa.

D.B.: Jak Pan trafił na terapię?

Ryszard, Alkoholik: Zakręciłem flaszkę, gdy miałem 40 lat. Rozpocząłem leczenie, żeby żona nie „trzeszczała”. Kochałem ją, miłością dojrzało-niedojrzałą, warunkowo-bezwarunkową. Z miłości do niej chciałem udowodnić, że nie jestem alkoholikiem. Bo panuje stereotyp, że alkoholik mieszka pod mostem, z domu wynosi na alkohol, pije sam, ma fioletowy nos. To było mi obce. Silnie racjonalizowałem. Wydawało mi się, że ot trochę nadużywam. Nie miałem świadomości, że to choroba. Żona poszła na terapię, żeby się dowiedzieć, jak mi pomóc. Tam jej powiedziano, że najpierw musi ze sobą zrobić porządek. Dzięki jej twardej miłości po roku czasu trafiłem do tej samej poradni. Jestem sukcesem placówki przy Jagiellońskiej. Dziś dziękuję jej za tę twardą miłość.

D.B.: Czy potrafi Pan określić moment, kiedy zwykłe picie stało się uzależnieniem?

Ryszard, Alkoholik: Cechą tej choroby jest to, że jest ona niezawiniona. Ja nie chciałem zostać alkoholikiem, podobnie jak każdy, kto zaczyna pić. Choroba zakradła się, jak złodziej. W pewnym momencie, którego nie wyłapałem, nastąpił psychiczny przymus picia. Ale tak naprawdę uzależniamy się od pierwszego kieliszka i pierwszego upicia się. Pamiętamy pierwszy raz i gdy przychodzą trudności wybieramy najprostszy sposób. Wytwarza się nawyk, że gdy jest trudno, alkohol pomaga zapomnieć. To tak, jak byśmy szli przy jeziorze. Nagle nie wiemy, kiedy wpadamy w bagno. Przekroczyłem moją granicę mniej więcej w połowie picia, gdzieś w 32. roku życia, gdy moje małżeństwo przechodziło kryzys. Ja nie wyłapałem tego momentu. To żona go zauważyła.

D.B.: Poszedł Pan na terapię, aby mieć święty spokój, a jednak Pan został…

Ryszard, Alkoholik: Tak i na początku zadawałem sobie pytanie, co ja tutaj robię? Oddział dzienny, osiem tygodni, zajęcia od godziny 8 do 16. Przez dłuższy czas przedstawiałem się jako wątpiący alkoholik. Po przeczytaniu piciorysu pierwszy raz zapłakałem. „Mężczyzna nigdy nie płacze” – takie wychowanie otrzymałem od ojca. Wtedy pierwszy raz płakałem bez alkoholu. Tu się rozpoczęła najpiękniejsza przygoda mojego życia. Przygoda do wnętrza siebie. Dostałem silne narzędzia oraz odpowiedzi na pytania: skąd przychodzę i dlaczego to się stało. Pod koniec picia straciłem sens i cel życia, ale za pomocą terapii i mityngów AA wyrósł zupełnie przyzwoity facet.

D.B.: Dlaczego się Pan uzależnił?

Ryszard, Alkoholik: Powodów było sporo. Miałem kłopoty z wyrażaniem złości. Na pewno nie dostałem zdrowego wzorca męskości. Mój ojciec nadużywał. Uruchomiły się we mnie te lęki, demony ojcowskie, które mi zasiał. Zapijałem lęk i samotność.

D.B.: Czego się Pan bał?

Ryszard, Alkoholik: Bałem się, że nie poradzę sobie w życiu, a za pomocą kieliszka załatwiało się wszystkie sprawy. Nosiłem zbyt wiele masek. Zajmowałem zbyt wysokie stanowiska w stosunku do umiejętności. Obowiązki mnie przerastały. Z drugiej strony, matka naćpała mnie pychą. Wytworzyła we mnie przeświadczenie, że jestem najwspanialszy, najmądrzejszy, najlepszy i do wyższych rzecz stworzony. I tak myślałem przez dwadzieścia parę lat. Od ojca nie dostałem prawie nic, matka z kolei zalała mnie tą swoją miłością. Ale dla faceta liczy się przede wszystkim zdanie i miłość ojca. A nasze drogi od szkoły średniej stale się rozchodziły. Pobiłem ojca będąc w ósmej klasie, gdy wrócił pijany i podniósł rękę na matkę. Gdzieś w siódmej klasie ojciec zamknął się ze mną w pokoju i spytał: „Ile pompek zrobisz”?  „Z osiem” – odpowiadam. A on zrobił 80. „Babą jesteś, a nie chłopem” – usłyszałem. Gdy jechałem z nim na ryby to on zawsze ładniejsze łowił… Fotografią zajmuję się prawie całe życie. Gdy pokazałem mu pierwsze zdjęcie, powiedział: „Gdzie tam, do niczego!”. W pierwszej klasie licealnej, gdy przeprowadzał ze mną tzw. męską rozmowę, posikałem się. Tak się go bałem…Ten jego stalowy wzrok do tej pory pamiętam. Jednak największy ból sprawił wtedy, gdy urodziła się moja córka. Powiedziałem do niego: „Ojciec, dziadkiem jesteś”. A on mi na to: „Dziadkiem to ja będę, jak będę miał wnuka, a nie wnuczkę”. Wtedy przestał dla mnie istnieć, a po przeprowadzce do Warszawy tylko z matką się kontaktowałem. Kilka lat przed końcem picia ojciec trafił do szpitala – rak płuc. W ogóle nie chciałem go odwiedzić. Gdy był w śpiączce, po wielu awanturach, w końcu do niego pojechałem. Byłem na rauszu… W szpitalu zobaczyłem wymizernionego mężczyznę, którego się tak bałem. Nagle wybudził się ze śpiączki, jakby na mnie czekał… I pyta: „Synu, czy ja byłem dobrym ojcem?” „Tak tato, byłeś.” – skłamałem. Usłyszał to i umarł. Później, na terapii, powiedziano mi, że byłem wtedy bardzo męski.


 

D.B.: Pamięta Pan sam początek terapii? Wszedł Pan do grupy wstępnej identyfikacji. Słuchał Pan innych i ile czasu Pan potrzebował, aby przyznać, że jest Pan alkoholikiem?

Ryszard, Alkoholik: Niezwykle trudno mi to przyszło. Ciężko mi było przyznać się przed samym sobą. Przychodziło do głowy, że może i nadużywam, może i pijak, ale alkoholik to było mocne słowo i dość upokarzające. Słuchając kolejnych piciorysów, po czwartym tygodniu oddziału dziennego, zacząłem przedstawiać się „Nazywam się Rysiek i jestem alkoholikiem”. Później, po oddziale dziennym, przez 5 lat spotykałem się z psychologiem. Przez 3 lata uczestniczyłem w grupie nawrotowej, a potem – przez dwa lata – w grupie rozwoju osobistego. W tym czasie zrobiłem także różne warsztaty: asertywności, wyrażania złości, interpersonalne i intrapsychiczne, DDA oraz warsztaty małżeńskie. Bo gdy już nie piłem zupełnie się z żoną nie rozumieliśmy. Ona po francusku, ja po angielsku. Jednak w naszym przypadku sprawdziło się to, co mówią szkoły dr Woronowicza czy AA-owska, że jeśli na początku była miłość, to jest do czego wrócić. Można to scalić. A dużo związków rozpada się po terapii i zakręceniu flaszki. Nam było dane ze sobą zostać.

D.B.: Jak Pan sobie radził? Skończy Pan terapię dzienną i…?

Ryszard, Alkoholik: Uczyłem się żyć. Od początku, jak małe dziecko. Po oddziale dziennym wracamy do pracy, do miejsc, w których żyliśmy. I trzeba funkcjonować z tymi ludźmi i w tych miejscach, gdzie się piło. Poza tym, dojrzałość emocjonalna alkoholika, który zakręca flaszkę, jest jak u 20-latka. Dzieje się tak dlatego, że wszystkie silniejsze zdarzenia, zarówno wielkie radości, jak i smutki, które powinno się umieć przeżywać na trzeźwo, alkoholik zapija. Wracamy do rzeczywistości i tu się zaczyna poligon… Bo idę do sklepu, a tu ściana alkoholu. Wytresowany jestem, że jak pojawią się problemy, to kupuję flaszkę. A tu, problemy są, a ja mam jej nie kupować. Dostałem na terapii narzędzia, ale podczas leczenia jesteś pod kloszem, a potem musisz sam sobie ze wszystkim radzić. Temu właśnie ma służyć grupa nawrotowa. To takie „dmuchanie na zimno”. Na spotkaniach uczymy się radzić sobie w życiu i wyłapywać chęć picia. Bo nawrót nie bierze się z chwili na chwilę, to jest proces. Koledzy na grupie to zauważą, natomiast będąc sam w domu nie masz szans. Zdarzały mi się momenty, że byłem na skraju. Raz w święta, po kłótni z żoną, stanąłem w kolejce po wódkę… Nie zapiłem. Dziś wiem, że na pewno wrócę do picia, gdy zacznę kłamać i żyć w sposób nieprawy. Wypiję, gdy zacznę robić za Pana Boga, a robiłem to przez 40 lat. Dla alkoholika jakiekolwiek zakłamanie grozi powrotem do picia. W czasie niepicia ma się też sny alkoholowe. Teraz też mi się zdarzają, raz na pół roku, raz na rok. Na początku śnią się co tydzień. Dziś wiem, że sen to rozmowa świadomości z podświadomością. Starzy weterani AA mówią, że za pomocą snu głowa wietrzeje. Gdy miewałem sny alkoholowe rzeczywistość mi się zagęszczała. Terapeuci mówili, żeby uważać – taki sen może być ostrzeżeniem.

D.B.: Zastanawiał się Pan, dzięki czemu udało się Panu przetrwać bez alkoholu te 18 lat?

Ryszard, Alkoholik: Gdy poszedłem na terapię miałem sen. Siedzę sam w sali kinowej. Na panoramicznym ekranie droga – obraz znany z amerykańskich filmów. Widzę rozjazd, mogę skręcić w lewo, gdzie jest mrocznie, lub w prawo, gdzie świeci słońce. No i słyszę głos: „idź jasną drogą”. No i idę nią do tej pory.

D.B.: Dużo Pan działa we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików. Co AA daje trzeźwiejącym?

Ryszard, Alkoholik: Pierwsze lata niepicia wywołują niesamowity szum w głowie. Alkoholizm jest jak pociąg. Pędzi, a gdy zakręcamy flaszkę, wagony jeszcze się toczą. Przychodzimy do AA właśnie po to, aby te wagony wyhamować. Tu dowiadujemy się, jak żyć. Jak budować swoje role, jednocześnie nie raniąc świadomie ani siebie ani rodzin. Bo nie mamy do tego prawa. Dla trzeźwiejącego alkoholika bardzo trudne jest bycie subtelnym w kontaktach z rodziną.


 

Gdy wstąpiłem do AA dowiedziałem się, że jest to program 12-krokowy, program duchowy i program działania. Terapia jest rzeczą stacjonarną – teoria, teoria i jeszcze raz teoria. Piszemy, czytamy, odgrywamy scenki terapeutyczne. A we Wspólnocie mamy program działania. Wiedza AA-owska nieco różni się od wiedzy terapeutycznej. Choć się uzupełniają, to jednak pod pewnymi względami się różnią. Terapia daje nam ogromną samoświadomość, a AA uczy nas, jak żyć. Nie tylko jak nie pić, ale jak żyć i to godnie, z tą samą żoną, teściem, szefem w pracy…. Kiedy już okrzepłem i otrzymałem wiedzę od trzeźwiejących alkoholików, sam zacząłem się dzielić doświadczeniem, siłą i nadzieją na to, że można żyć godnie i bez flaszki. Sponsoruję, czyli tę wiedzę, którą zdobyłem, teraz przekazuję młodszym przerabiając z nimi program 12 Kroków. Kiedy człowiek zjawia się na terapii albo mityngu i widzi, że warto nie pić, że dzięki temu poprawiają się relacje, a przede wszystkim – że można żyć bez alkoholu, to otrzymuje nadzieję, że może się udać. Alkoholik przychodzi do nas z tego swojego dna, chce przestać pić i nie wie, jak to zrobić. U nas dostaje tę wiedzę.

D.B.: Jaki jest więc Pana sposób na godne życie?

Ryszard, Alkoholik: W czasie picia zgubiłem sens i cel życia, a odnalazłem je pracując nad sobą. Godne życie to dla mnie przede wszystkim bycie altruistą, bo alkoholizm jest chorobą ogromnego egoizmu i egocentryzmu, skupiania się na sobie. Żeby prawdziwie trzeźwieć musiałem zauważyć drugiego człowieka. Staram się świadomie nie ranić siebie i ludzi wokół. Z każdym rokiem jesteśmy coraz bardziej subtelni, delikatni, empatyczni. Na początku zdrowienia bardzo trudno jest przeprosić, ale trzeba się nauczyć wprowadzać w życie te trzy czarodziejskie słowa: „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam”. Ważna jest zmiana postawy. Do 40. roku życia byłem królem. W szambie, a jednak królem. Teraz wciąż uczę się pokory i łagodności. Najtrudniejsze zdanie, którego kilka lat uczyłem się od mojego sponsora, brzmiało: „Ewo, przepraszam Cię. Zależy mi, żebyś przyjęła te przeprosiny, bo jesteś dla mnie ważna”. Każdego dnia staram się zrobić coś dobrego, nawet niewielką rzecz. Celem życia jest dla mnie po prostu bycie człowiekiem. Dziś jestem szczęśliwy, bo szczęściem jest móc pomóc drugiemu w potrzebie, albo zauważanie uśmiechu żony i dziecka. Wcześniej szukałem szczęścia we flaszce, a tam go nie ma. Całe życie byłem gorszy niż lepszy. A cały czar tego życia polega na tym, żeby być lepszym. Na szczęście nasze materiały AA mówią o tym, że w pracy nad sobą widać postęp, a nie doskonałość.

D.B.: A żona i córka przebaczyły?

Ryszard, Alkoholik: Tak, wybaczyły. U współuzależnionych tworzą się różne procesy, o których żona mi opowiada. Ona od 19 lat pracuje nad sobą. Z córką mógłbym mieć jeszcze lepsze kontakty, ale te które dziś mamy, są zadowalające. Nie było łatwo. Córka miała 10 lat, kiedy przestałem pić, więc wiele pamięta. Bardzo trudno było mi ją przytulić, powiedzieć „kocham”. Na początku mojego zdrowienia żona i córka lekceważyły mnie. Bały się moich starych zachowań. Nie dopuszczały mnie, a ja im zazdrościłem. Trudno się jednak dziwić, skoro byłem takim łobuzem. Żona, mniej więcej po trzech latach niepicia, zaufała mi i wybaczyła. Całe życie kłamałem, dlatego czasami jeszcze potrafi mnie skontrolować. A mnie nic tak nie kręci, jak to, że nie może mnie złapać na kłamstwie. Córki zaufanie także odbudowałem. Gdy zaczynam być bardziej czepialski rozbraja mnie jej tekst: „Ojciec, połóż się lub idź na mityng”. Dwa czy trzy lata temu po raz pierwszy powiedziała do mnie „tatko”. Miałem wtedy nogi, jak z waty.

D.B.: Tęskni Pan czasem za piciem?

Ryszard, Alkoholik: Podczas terapii mówi się, że alkoholik po siedmiu latach niepicia i pracy nad sobą nie widzi flaszki, gdy ta stoi na stole. Widząc ją nie ślinię się, a wręcz patrzę na nią z pogardą, bo tak mnie upokorzyła. Wódka to kochanka, która mnie zdradziła. Po niej się dobrze spało, nie „dziamgała”, była zawsze pod ręką, ale… zdradziła. Pierwsze trzy lata za nią tęskniłem, kiedy nie radziłem sobie i nie widziałem żadnych profitów i radości z niepicia. Pierwsze miesiące są bardzo trudne. Zanim poukłada się życie, relacje z rodziną, sytuację w pracy, mija wiele czasu. Teraz już nie tęsknię. Czasami mam też poczucie straconego czasu. Mogło być przecież inaczej, gdybam, co by było, gdyby… Ale to powraca jak rozmyta fala. Żyję dniem dzisiejszym. Dziś medal AA z wybitą 17-stką, którą niebawem zastąpię 18-stką, to cały dorobek mojego życia. Cenniejszej rzeczy nie posiadam. Bo tak warto żyć bez flaszki!

D.B.: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Dorota Bąk
fot. iStock

Komentarze

Edyta2014-02-22 19:58:13

Boli... DDA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *