„Kac moralny był na porządku dziennym, zwłaszcza, gdy urywał mi się film, a tak działo się za każdym upiciem. Impreza w pracy – w pół godziny się uchlałem, zabawa karnawałowa – budzę się na jakieś pętli tramwajowej, a potem rozebrany w łóżku. I kompletnie nic nie pamiętam… Było bardzo dużo takich sytuacji, po których za każdym razem miałem ogromne wyrzuty sumienia i poczucie wstydu. Ale potem włączały mi się mechanizmy wypierania i bagatelizowania i wszystko powtarzało się od nowa…”. Oto historia Jarka – człowieka, który latami trwał w błędnym kole nałogu, bezskutecznie próbując się z niego wydostać. Czy mu się udało?

Zuza Lewandowska: Często mówi się, że momentem przełomowym dla osoby uzależnionej jest sięgnięcie dna. Z Tobą było podobnie?

Jarek Alkoholik i Hazardzista: Podobnie, ale i inaczej, bo przez to, że mam uzależnienie krzyżowe, sięgnąłem dna podwójnego. Najpierw więc byłem na dnie alkoholowym, a później – hazardowym. Zacznę od pierwszego, które miało miejsce, kiedy ja już sam wiedziałem, że coś jest ze mną nie tak, tylko nie chciałem tego dopuścić do siebie. Właściwie to na to „dno” złożyły się trzy rzeczy. Pierwszym co mnie uderzyło, było to, że mojemu przyjacielowi, z którym piłem, siadła trzustka – w przeciągu krótkiego czasu schudł tak bardzo, że nie mogłem go poznać, a po dwóch tygodniach już go nie było… Wtedy konsekwencje picia stały się dla mnie wręcz namacalne. Kolejny był dzień, w którym wróciłem pijany do domu, a mój trzynastoletni syn zdobył się na odwagę i powiedział: „obiecywałeś, że nie będziesz pił, a wróciłeś znowu nachlany”… Ostateczna świadomość bycia na dnie przyszła w momencie, w którym – leżąc pijany na podłodze – uświadomiłem sobie, że ja bez alkoholu w ogóle nie istnieję, że bez niego nic nie potrafię zrobić – jest tylko alkohol, a mnie tam w ogóle nie ma… I wtedy zawyłem do Boga, że nie chcę pić i aby zabrał tę butelkę ode mnie, bo ja tego wszystkiego po prostu nie chcę. I pomógł, bo w ciągu kilku następnych dni wstąpiła we mnie taka odwaga, że jeszcze raz – już po raz ostatni – poprosiłem żonę o kolejną szansę i zacząłem życie bez alkoholu.

Z.L.: A jednak po czasie pojawił się hazard… 

J.A.H.: Pojawił się, bo pozostawiłem siebie bez niczego. Nie dbałem o rozwój duchowy, czyli o program 12 kroków, którego bałem się tak strasznie, że omijałem go szerokim łukiem. Nie robiłem tak naprawdę nic w kierunku zmiany swojego życia. I po 5 latach abstynencji od alkoholu zacząłem grać.

Z.L.: Kiedy zorientowałeś się, że coś tu jest „nie tak”?

J.A.H.: Tak naprawdę nie grałem długo, bo „tylko” półtora roku. Ale wszedłem w to bardzo szybko, bagatelizując fakt, że jestem alkoholikiem, a hazard to ryzyko uzależnienia, które tak naprawdę stanowiło jedynie zamiennik dla alkoholu. Gdy wziąłem pierwszy kredyt, powoli zacząłem sobie uświadamiać, że coś tu jest „nie halo”. Ale i tak zlekceważyłem te pierwsze sygnały, które do mnie docierały. Zaczęły działać te wszystkie mechanizmy uzależnienia, a ja tak bardzo potrzebowałem haju i ucieczki od samego siebie, że pogrążałem się w tym coraz bardziej…

Z.L.: Aż w końcu sięgnąłeś kolejnego dna…

J.A.H.: Tak, w momencie kiedy zorientowałem się, że hazard przesłonił mi cały świat i pojawiły się u mnie bardzo silne myśli samobójcze. Rozpocząłem program terapeutyczny, ale co kilka miesięcy łamałem abstynencję, aż w końcu żona powiedziała mi: „wynocha z domu, bo i tak ciebie tu nie ma, a to czy znikniesz dziś czy w ogóle, to i tak nie zrobi żadnej różnicy”. Żona oczywiście wiedziała, że mam skłonności samobójcze, ale według niej były one głównie formą szantażu z mojej strony. Dla mnie była to jednak kolejna próba ucieczki, związana z moim niskim poczuciem własnej wartości i z tym, że znowu zawodzę moją rodzinę. Dlatego myślałem, że jeśli odejdę, to wszyscy będą mieli święty spokój, chociaż oczywiście tylko wyrządziłbym im krzywdę. Nigdy jednak nie odważyłem się na próbę samobójczą.

Z.L.: Czy to, że żona wyrzuciła Cię z domu, stało się impulsem do wyjścia z nałogu?

J.A.H.: To bardzo pomogło. Wcześniej udawało mi się manipulować żoną, przysięgać w kółko, że się zmienię. Jednego dnia, kiedy wróciłem po całej nocy grania, w wielkiej pysze, bo udało mi się wygrać i przynieść do domu pieniądze, to z początku nie chciała ich w ogóle tykać, bo wiedziała skąd są, ale w końcu uległa i zagospodarowała je. Jednak gdy po raz kolejny przyszedłem z gołymi rękami, zostałem wyrzucony z domu. Ja już wtedy podjąłem decyzję, że muszę iść na leczenie, więc po tej nocy spędzonej poza domem wróciłem, przeprosiłem żonę, powiedziałem, jakie mam plany i poprosiłem o przebaczenie i jeszcze jedną szansę.

Z.L.: I udało się?

J.A.H: Udało się, zwłaszcza, że już następnego dnia byłem na rozmowie w ośrodku leczenia uzależnień, a kolejnego – rozpocząłem terapię. Bo tak jak mi powiedział mój dobry przyjaciel – brakowało mi samych podstaw. Kiedy na poprzedniej terapii były one omawiane, to ja byłem jeszcze zbyt pijany, aby to wszystko ogarnąć, bo w zasadzie z marszu wszedłem do programu. Wtedy nie chciałem słuchać, a za drugim razem już czułem się na to gotowy. Poznałem swoją bezsilność i zdałem sobie sprawę, że po prostu nie ma żadnej siły, aby z tym wygrać. Bo tu nie chodzi o to, aby wygrać, ale trzeba rozpocząć najpiękniejszą przygodę z samym sobą.


Z.L.: Zanim jednak o tym, wróćmy do tego, jak zaczęła się ta mniej piękna „przygoda”, czyli Twoje kontakty z używkami. Jakie były początki?

J.A.H.: Kontakty z hazardem miałem już w dzieciństwie, ale tak naprawdę nigdy nie było mnie stać na granie. Hazard był drogi, a gorzała była tania. Więc nawet gdy w wojsku grałem w karty na pieniądze, to jedynie po to, aby wygrać je na papierosy lub alkohol. W pracy, jak przegrałem kiedyś bardzo dużą sumę, to straciłem na to ochotę i uciekłem całkowicie w picie. Podczas jednego z okresów, w którym podjąłem próbę abstynencji, zacząłem również chodzić po lokalach z maszynami do grania – raz wziąłem z pracy całkiem pokaźną pożyczkę, którą oczywiście przepiłem i przegrałem. Natomiast jeżeli chodzi o alkohol, to zacząłem pić, jak miałem 9 lat. Wychowywałem się na warszawskiej Pradze w towarzystwie o wiele starszych ode mnie kolegów, którzy już wtedy pili, więc zawsze od nich jakiegoś łyka „złapałem”. Jak w wieku 14 lat pociągnąłem likieru spirytusowego ojca, to aż mnie olśniło – pomyślałem sobie „Eureka, to działa! Już się nie boję, już jestem facetem i świat należy do mnie!”. I tak co kilka dni podpijałem alkohol na zmianę nastroju. Natomiast w wieku 16 lat pierwszy raz upiłem się do utraty przytomności – i to był moment, w którym straciłem kontrolę nad piciem. Bo albo nie piłem w ogóle, albo piłem „do spodu” – i tak wyglądały początki mojego uzależnienia.

Z.L.: Czy już wtedy zdawałeś sobie sprawę z tego, że pijesz inaczej niż inni?

J.A.H.: Gdzie tam! Ja się wtedy obracałem w towarzystwie, które dużo piło. Nawet, jak graliśmy w piłkę czy jeździliśmy na łyżwach to zawsze alkohol gdzieś tam się przewijał. Gdy raz poszedłem na dyskotekę i nic nie wypiłem – to stałem cały czas pod ścianą, bo byłem zbyt trzeźwy. Poszedłem na następną, gdzie wypiłem kilka win – i już byłem innym człowiekiem. Hamulce mi puściły i na tyle nabrałem odwagi i pewności siebie, że nawet kilka razy udało mi się zatańczyć. Alkohol zaczął mi więc pomagać w przekraczaniu granic samego siebie.

Z.L.: Więc, aby je przekraczać…

J.A.H.: …zacząłem pić coraz więcej i częściej. Nawet do pracy poszedłem po to, aby mieć na wódkę, bo bałem się, że te tanie wina mi bebechy wyżrą. Oczywiście pieniądze były potrzebne również na życie, bo pensja matki nie wystarczała na wiele, ale główną motywacją było to, żeby mieć na lepszy alkohol i dowartościować się – „jaki to ja jestem lepszy i jak to dbam o siebie”. Gdy poznałem moją żonę, to każde spotkanie z nią było tak silnym przeżyciem emocjonalnym, że bez wypicia chociaż jednego piwa nie potrafiłem do niej podejść, zbliżyć się czy wykonać jakiegokolwiek gestu. Więc przed każdym spotkaniem wypijałem piwo, aby się rozluźnić i aby ta bariera puściła.

Z.L.: Często się wtedy upijałeś?

J.A.H.: Coraz częściej, a w wojsku to już nawet zacząłem symulować choroby, aby móc się napić. Jak mnie raz przywieźli ze szpitala, to byłem tak pijany, że musieli mnie z samochodu wyciągać. Opuszczałem samodzielnie koszary – i znów wracałem upity. Oczywiście byłem za to karany, ale nigdy alkohol nie był temu winny, tylko dowódca plutonu, który się na mnie uwziął. Można powiedzieć, że w wypieraniu i minimalizowaniu konsekwencji byłem wręcz mistrzem.

Z.L.: A jeżeli chodzi o przykre skutki picia, np. epizody, po których miałeś kaca moralnego i których się naprawdę wstydziłeś?

J.A.H.: Tak naprawdę to ja się całe życie wstydziłem. Kac moralny był na porządku dziennym, zwłaszcza, gdy urywał mi się film, a tak działo się za każdym upiciem. Impreza była w pracy – w pół godziny się uchlałem, zabawa karnawałowa – budzę się na jakieś pętli tramwajowej, a potem rozebrany w łóżku. I kompletnie nic nie pamiętam… Bardzo dużo było takich sytuacji, po których za każdym razem miałem ogromne wyrzuty sumienia i poczucie wstydu. Ale potem oczywiście włączały mi się mechanizmy wypierania i bagatelizowania i wszystko powtarzało się od nowa.

Z.L.: A który z tych epizodów najbardziej utkwił Ci w pamięci?

J.A.H.: Pamiętam, jak żona wyjechała z dziećmi do teściów, a ja oczywiście upiłem się tego dnia „do spodu” nie wiedząc nawet z kim, gdzie i jak. Gdy się obudziłem poczułem piekący ból, a całe ciało mnie wręcz paliło. Patrzę na siebie – a ja jestem cały zarzygany. To, że w tych rzygach się nie utopiłem, to naprawdę cud. Bóle mięśni miałem tak potworne, że nie mogłem się ruszyć, tak więc leżałem w tych wymiocinach pół dnia. Gdy moja matka weszła do pokoju i zobaczyła, jak wyglądam, to nawet nic nie powiedziała, tylko po prostu zostawiła mnie w tym stanie. Wtedy strasznie się wstydziłem tego kim jestem, ale oczywiście do momentu, w którym wytrzeźwiałem, bo tak zaczęło mną telepać, że znów musiałem się napić. 

Z.L.: Zawsze mocno Tobą – jak mówisz – telepało?

J.A.H.: To drżenie ciała i niemożność wzięcia czegoś do ust, bo organizm niczego nie przyjmował, były nie do zniesienia. Na szczęście nie miałem nigdy żadnych majaków czy omamów słuchowych lub wzrokowych – była to głównie taka deliryczna „trzęsionka”. Mówimy jednak cały czas o ciele, ale to, co działo się z umysłem, to nawet ciężko opisać. To był jeden wielki, totalny chaos. Umysł, który w ogóle nie funkcjonuje po to, aby żyć, tylko jest skupiony wyłącznie na tym, by wypierać konsekwencje picia, organizować kasę na chlanie i wspominać jego przyjemne początki, bo reszty przecież się nie pamięta…


Z.L.: Alkohol zezwierzęca?

J.A.H.: Nie obrażajmy zwierząt, bo żadne zwierzę alkoholu się nie napije.

Z.L.: Ale pierwotne instynkty się budzą…

J.A.H.: Wszystkie hamulce puszczają, wszystkie… Pamiętam taki epizod, chociaż nie pamiętam, kiedy i gdzie miał on dokładnie miejsce: budzę się w jakimś mieszkaniu, jednak to mieszkania w niczym nie przypominało – to był totalny chlew, syf i brud, a ja leżałem w czymś, co może kiedyś było pościelą. Nie wiem, gdzie jestem, więc rozglądam się – a obok mnie jakaś kobieta się kręci… Wtedy nie wstydziłem się tego, że się nachlałem, tylko miejsca, w jakim się znalazłem. Że to nie był mój dom. Nieraz chodziłem na melinę, która znajdowała się w jakiejś piwnicy rozsypującego się budynku, gdzie wszędzie biegały szczury. I tam piłem codziennie do upadłego.

Z.L.: I jak to usprawiedliwiałeś? Skoro to przecież nie Ty byłeś winny?

J.A.H.: Wtedy winiłem kolegów – to ich wina, bo to oni mnie namówili, a ja jestem słaby i nie umiem odmówić… Oczywiście to nie była prawda, bo gdy nie miałem pieniędzy, to piłem sam, aby dla mnie było więcej. Później jakoś udawało mi się nie upijać, ale cały czas musiałem być na haju. Inaczej po prostu nie dawałem rady funkcjonować, bo alkohol rządził mną do takiego stopnia, że już nie miałem nic do powiedzenia.

Z.L.: Kiedy więc zapaliła Ci się pierwsza czerwona lampka?

J.A.H.: Ja nie miałem pierwszej czerwonej lampki, ja miałem ostateczną lampkę. Pierwszy raz poszedłem do poradni na prośbę żony, aby dla niej odwalić to spotkanie i aby zobaczyła, że wszystko jest w porządku i nic mi nie jest. Potem, na początku lat 90., ze dwa razy brałem tabletki zawierające disulfiram i to było wszystko. Pewnie mówiono mi wtedy o Anonimowych Alkoholikach i terapii, ale ja wtedy chciałem jeszcze pić. Drugi i trzeci raz również poszedłem do poradni za namową żony – udało mi się nawet wytrzymać siedem czy osiem miesięcy. Ale znów chciałem sobie udowodnić, że jestem silny, więc wypiłem na wczasach jedno piwo – to jedno, po którym tak straszyli, że od razu zacznie się chlanie. A mnie udało się nie pić potem trzy tygodnie, więc doszedłem do wniosku, że zostałem oszukany. I po tym złamaniu abstynencji na terapię już nie wróciłem.

Z.L.: Myślałeś, że możesz pić kontrolowanie?

J.A.H.: Wstyd mi o tym teraz mówić, ale ja po prostu chciałem wtedy chlać. Pamiętam, że po tych 3 tygodniach znowu wypiłem piwo i nie zachlałem. A po jakimś czasie wypiłem dwa piwa. I już chlałem osiem lat non stop.

Z.L.: I po tych ośmiu latach zapaliła się ta ostateczna czerwona lampka?

J.A.H.: To był okres, kiedy ja już nawet skarpetek nie mogłem ubrać ani butów zawiązać, jeśli nie wypiłem. Przeraziłem się tego strasznie i pomyślałem, że ja nawet nie jestem na równi pochyłej, tylko walę już głową w dół. I to był chyba ostatni moment na to, aby się uratować – przynajmniej dzisiaj tak to odbieram. Więc zaszyłem się i od razu poszedłem na terapię. Skomlałem i błagałem, aby pracować na zmianę, bo tak bardzo chciałem nie pić. Dwa razy w tygodniu chodziłem na terapię i siedziałem tam zawsze tak długo, że aż mnie zaczęli wyganiać. Wtedy byłem strasznie zdeterminowany, żeby wytrwać, łapczywie łykałem te wszystkie wiadomości, chociaż wszystko zacząłem pojmować tak naprawdę po półtora roku. Musiałem się chyba mocno „oddetoksować”, żeby mój umysł zaczął cokolwiek pojmować, a uszy – cokolwiek słyszeć. Przez cały ten czas chodziłem na mityngi tylko dlatego, że tam nie czułem się najgorszy, że inni mnie akceptowali. Trzymałem się tego kurczowo, bo wiedziałem, że jak odejdę to zginę. Miałem w sobie taką determinację, bo chyba po prostu chciałem żyć.

Z.L.: Więc jak doszło do tego, że złamałeś abstynencję przez hazard?

J.A.H.: Myślę, że to była kwestia poszukiwania sposobu na dodatkowe dowartościowanie się. Chodziłem na terapię, próbowałem zmieniać żonę i dzieci i wszystkich ustawiać, ale ze sobą nie robiłem nic. Moje uczucia musiały znaleźć jakieś ujście, nie dały się wyprzeć i dobijały się, chcąc wyjść. I dlatego zacząłem grać, bo haj jaki daje adrenalina, która się wtedy wydziela, jest niesamowity. Chodziłem wtedy kompletnie zmęczony, a pieniądze same mi z konta znikały, bo np. wydawało mi się, że poszedłem 3 razy do bankomatu, a byłem 7. Tak właśnie działają emocje, które towarzyszą grze.

Z.L.: Z dzisiejszej perspektywy co Ci to dawało?

J.A.H.: Długo nie mogłem zaakceptować tego, że jestem uzależniony od hazardu. Wydawało mi się najpierw, że chodzi głównie o konsekwencje finansowe, bo nie byłem w stanie pogodzić się z tym, że nie dość, że przegrałem, to jeszcze muszę oddać. I to mi dokuczało – narastające poczucie winy i niska samoocena, czyli czynniki przyczyniające się do nawrotu. A na tamten okres nie chciałem sobie z nim poradzić. Chciałem zagrać i udowodnić sobie, że to mnie nie dotyczy i ja sobie dam z tym radę. A dziś wiem, że nie chodziło wcale o te pieniądze, tylko o adrenalinę, która otumaniała, pozwalała nie być sobą i odciąć się od uczuć. Przecież piłem po to, aby nie czuć i tak samo było z graniem – żeby nie mieć kontaktu ze sobą, ze swoimi emocjami i uczuciami. Dzisiaj jednak wiem, że moja droga tak miała wyglądać.

Z.L.: Droga, której kolejnym etapem była następna terapia?

J.A.H.: Tak, z tym, że ta była zupełnie inna od poprzedniej i to nie tylko dlatego, że teraz szedłem jako hazardzista. Ja się strasznie bałem wprowadzać zmiany w życie, bo po prostu bałem się tego nowego życia. Stare znałem i choć czułem się w nim byle jak, to jednak jakoś się czułem. Mimo to determinacja, jaką dostałem od mojej siły wyższej i konsekwencja działania doprowadziły mnie do punktu, w którym jestem dziś.


Z.L. Chciałabym Cię również spytać o rodzinę: jakbyś miał powiedzieć – jakiego ojca miały Twoje dzieci?

J.A.H.: Ja bym takiego ojca nie chciał mieć. Pamiętam, jak dzieci się mnie wstydziły i nigdy nie chcę o tym zapomnieć, mimo, że to mnie boli. Do dziś mam przed oczami wyraz twarzy mojego syna, kiedy pijany przychodziłem do szkoły – wstyd w jego oczach za mnie, że jestem nachlany i czerwony jak burak. Na zebrania moich dzieci czy na ćwiczenia w szkole muzycznej również chodziłem pijany – bo nie mogłem nawet jednego dnia wytrzymać. I jak to dziecko musiało się czuć, widząc pijanego ojca?

Z.L.: Wybaczyłeś to sobie?

J.A.H.: Chcę to sobie wybaczyć, ale jest mi trudno. Pamiętam jak syn do mnie przyszedł – miał gdzieś czy jestem pijany, czy nie, po prostu chciał się do mnie przytulić. A ja go odepchnąłem – bo się wstydziłem, że jestem pijany. Odszedł. Ze smutkiem po prostu odszedł… Córka za to zdecydowanie się mnie bała. Pamiętam, że zawsze była skulona i drżąca, jak ją chciałem przytulić. Gdy sięgałem po pierwszy kieliszek to wcale nie chciałem zostać alkoholikiem. Wiem, że za chorobę nie jestem odpowiedzialny, ale za konsekwencje swoich czynów – szczególnie wobec dzieci – jestem. I to mnie obciąża najbardziej.

Z.L.: A jak jest teraz?

J.A.H.: Jest lepiej, bo widzę jak córka zachowywała się wtedy, a jak się zachowuje teraz w kontakcie ze mną. Dziś już się nie kuli – jest wyprostowana. Jednak wiem, że nie mam wpływu na ich życie, chociaż chciałbym im bardzo pokazać, jak można żyć.

Z.L.: Myślisz, że Twoje dzieci borykają się z syndromem Dorosłych Dzieci Alkoholików?

J.A.H.:  Myślę, że z ogromnym. Widzę i czuję, jak moje dzieci funkcjonują i jak działają te schematy, które im pozwalały przeżyć w dzieciństwie i jak one je teraz stosują. Jak moja córka zmaga się z niskim poczuciem własnej wartości i nie potrafi pokazać swoich umiejętności w prawidłowy sposób, a syn działa na zasadzie zarabiania na szacunek i zasługiwania na miłość… To po prostu widać. I to mnie strasznie boli.

Z.L.: A jak żona odnajdywała się w relacji z Tobą?

J.A.H.: Nie umiała sobie poradzić z tym problemem. I na pewno się za mnie wstydziła, bo nie raz ją upokorzyłem. Pamiętam, że chowała mi butelki czy ukrywała mnie przed dziećmi, aby mnie pijanego nie widziały albo na odwrót – pokazywała im mnie mówiąc: „zobaczcie, jaki tatuś przyszedł nachlany”. Ona po prostu próbowała sobie z tym jakoś poradzić, bo jeszcze wtedy nie wiedziała, że pomocy trzeba poszukać na zewnątrz .Nie była konsekwentna w tym, co robiła i mówiła, a ja to oczywiście wykorzystywałem. Wiedziałem, że jak kopnę w zamknięte drzwi, to ona mi je otworzy.

Z.L.: Byłeś w stosunku do niej agresywny?

J.A.H.: Ja raczej piłem na spokojnie – po prostu upijałem się i przychodziłem spać. Natomiast kilkukrotnie zdarzyło mi się wybuchnąć agresją i skoro działało kopanie w drzwi, aby żona je otworzyła, to powtarzałem te schematy. Chociaż czasami była konsekwentna, bo kilka razy spałem na klatce schodowej czy w samochodzie.

Z.L.: Czy kiedy podjąłeś kolejne leczenie Wasza relacja zaczęła się poprawiać?  

J.A.H.: Kiedy zacząłem chodzić na terapię uzależnienia od hazardu, to relacja między mną a żoną zaczęła się bardzo psuć. W końcu jednak żonie udało się mnie namówić, abyśmy poszli na spotkanie z księdzem z Centrum Odnowy Duchowej. I kiedy zobaczyłem tam na tablicy kartkę z napisem „Warsztaty 12 kroków”, to zrozumiałem, że Bóg właśnie dlatego mnie tutaj przyprowadził – nie do księdza. I obydwoje z żoną już tam zostaliśmy. Fakt, ja się strasznie bałem 12 Kroków, zwłaszcza kroku czwartego, czyli gruntownego obrachunku moralnego. Bałem się spotkać sam ze sobą, zajrzeć do swojego wnętrza, bo nie wiedziałem, co tam zobaczę…

Z.L.: I co zobaczyłeś, kiedy się w końcu odważyłeś?

J.A.H.: Kiedy pierwszy raz przeczytałem o tym, co mnie czeka w czwartym kroku i jak głęboko będę musiał zajrzeć w siebie, to wydawało mi się, że nie dam rady. Dopiero mój sponsor, poprzez mówienie o sobie, pokazał mi prawdziwego mnie – tego, którego tak bardzo nie chciałem zobaczyć i zaakceptować. On uświadomił mi, że ludzie, którzy mnie drażnią i w stosunku do których czuję lęk, pokazują mi coś, czego nie chcę w sobie zobaczyć. Okazało się, że niektóre rzeczy wyglądają zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażałem. Program otworzył mnie na ciekawość samego siebie i życia. Kiedy mnie pytano, kiedy ja sam zacznę dzielić się tym, co mam i umiem – czyli kiedy sam zostanę sponsorem – to zacząłem się strasznie bać tej odpowiedzialności za drugiego człowieka. W końcu jednak się zdecydowałem i dopiero teraz w pełni odczuwam działanie programu, dzięki szczeremu wejściu w 12 kroków i doświadczaniu samego siebie. I to jest niesamowite, bo widzę, że to naprawdę jestem ja – ja, którego tak bardzo się bałem.

Z.L.: Czyli bałeś się tej swojej dobrej strony?

J.A.H.: Przyjaciel powiedział mi kiedyś, że wszyscy tak bardzo pragniemy miłości, a tak bardzo się jej boimy. I to jest całe sedno: ja tak pragnę miłości, a nie wiem, co z nią zrobić, gdy ona przyjdzie. A przecież cieszyć się życiem to cieszyć się miłością do świata – do człowieka, zwierzęcia i rośliny. To jest prawdziwa radość. I ja jej dopiero teraz doświadczam. Późno, bo późno, ale dobrze, że w ogóle – bo nie każdemu to się zdarza.

Z.L.: Możesz powiedzieć, że w końcu odzyskałeś kontakt ze sobą?

J.A.H.: W końcu zobaczyłem, jaki jestem i zaakceptowałem siebie takiego, jakim jestem. Przyglądam się cały czas mojemu zachowaniu, uczuciom oraz emocjom i próbuję dociec, skąd się one biorą – to często boli, ale bez tego nie da się stawiać sobie odpowiednich granic. Nie chcę być jak ta woda wylewana ze szklanki, która się wszędzie rozlewa, a tak naprawdę nigdzie jej nie ma. Są jeszcze takie momenty, kiedy czuję, że jeszcze tego wszystkiego do końca nie zaakceptowałem. Ale wiem, że to jest mój bagaż i moje doświadczenie, z którego dzisiaj korzystam – to wszystko, co doprowadziło do tego, że dzisiaj z Tobą rozmawiam.

Z.L.: I bardzo Ci za tę rozmowę dziękuję!

 Rozmawiała Zuza Lewandowska

fot. iStock

Komentarze

Grazyna 2014-07-18 00:24:32

Ciesze sie , ze tobie sie udalo, 31 marca pochowalam syna, od mlodych lat uzaleznil sie, walczyl do konca, jednak wodka okazala sie silniejsza . Zycze tobie I twoim najblizszym juz tylko spokoju ....serdecznie Cie pozdrawiam Grazyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *